
Cykl spotkań z poezją Sławomira Hawryszczuka
Odcinek drugi
Szkoła opus dziewiętnasty
Jest rok 1981, zima, tuż przed Bożym Narodzeniem. Chyba 20. grudnia? Od tygodnia stan wojenny. Jestem mały, mało rozumiem, co się stało. Wieczór, godzina osiemnasta minut dziesięć, tuż po kolacji, ale mama pozwoliła mi jeszcze popatrzeć przez okna naszego domu w Gdyni. Pada śnieg, a ja strasznie lubię patrzeć, jak płatki śniegu rozpuszczają się na szybie. Ludzie spokojnie spacerują po zaśnieżonych ulicach. Mama mówiła, że mogą tak spacerować tylko do godziny dwudziestej drugiej. Wtedy już śpię. Chciałbym być już dużym chłopcem. Jak dorosnę, nie pójdę spać przez całą noc i sprawdzę, czy opowieści mamy są prawdziwe. Teraz już uciekam do łóżka, rano muszę pójść do szkoły.
Zamknąłem już oczy. Ale fajnie, jest lato, a może to późna wiosna? Nie ważne, w ogóle nie jestem zmęczony. Czy to mi się śni, czy to się dzieje naprawdę? Jest bardzo ciepło i przyjemnie. Świeci słoneczko. Ptaszki ćwierkają. Godzina dziesiąta, wreszcie mogę się wysypiać. Są ferie świąteczne, a może już wakacje? Sam nie wiem. Zaraz biegnę na podwórko, pobawić się z Anią w chowanego. Proszę, nie mów nic chłopakom, jak się dowiedzą, że lubię grać z dziewczyną w klasy, albo biegać i się chować, to będą się ze mnie śmiali. Ania jest fajna, jak na dziewczynę i dlatego lubię jej towarzystwo. Ma długie jasne warkocze, czasem mnie nimi niechcący strzeli po oczach, to tak koszmarnie boli. Kiedy gramy w klasy, zawsze pierwszą rundę pozwala mi wygrywać. Ale nie mów o tym chłopakom, bo będą się ze mnie śmiali.

Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać? Nagle znalazłem się na samym środku drogi do mojej szkoły. Chyba idę na rozpoczęcie roku, jestem ubrany w granatowe spodnie wyjściowe i w białą koszulę. Mijam domy na ulicy Nocznickiego, drzewa są już trochę pożółkłe, czasem spadnie liść. Wiruje na wietrze jak baletnica i spada, spada na ziemię. Ech, już czuć zimniejsze powietrze. Trochę mi smutno, że wakacje się skończyły, zabawy na dworze, kąpiele w morzu i spacery po lesie, ale trochę stęskniłem się za kolegami z klasy i za panią wychowawczynią. Teraz znów czeka dziesięć miesięcy mozolnej pracy. O, o już wchodzę w gaik, szkoła niedaleko. Ale pięknie wyglądają drzewa w blasku ostatnich promieni letniego słońca. Żółte, niczym złote jaszczurki wymachujące ogonami. Drzewa iskrzą się jeszcze, ale wieczory i poranki są już chłodne. Łezka kręci się w oku, tuż przed tygodniem hasaliśmy tutaj ja, Krzysiek i Tomek, uwielbiam wspinać się na drzewa. Mama mnie wtedy skrzyczała trochę, podarłem nowe spodnie, a ona biedna stała po nie całą noc przed Halą w Gdyni. Słyszę hałaśliwe rozmowy, między drzewami widać już szkolną bramkę. Jak co roku rozpoczęcie nauki odbywa się na świeżym powietrzu. No dobra, teraz już biegnę w stronę szkoły...
I nagle się obudziłem. Kiedy już otrzeźwiałem, zacząłem się koszmarnie śmiać. Ale ze mnie gapa, muszę być ciszej, bo wszystkich obudzę. Jest ósma rano, sobota, domownicy jeszcze śpią. Mam wolny dzień od pracy, ale żeby mieć taki sen i to sen o śnie? Dziwny autotematyzm. Ach to pewnie z przepracowania. Skoro już się obudziłem, to zrobię sobie kawę i dzisiaj odświętnie wypiję ją na werandzie. Dzień zapowiada się bardzo upalny. Jak dobrze wyciągnąć się na leżaku i jeszcze chwilkę poleniuchować. Mam dzisiaj sporo obowiązków. Wieczorem przylatuje Klaudia ze Szkocji, trzeba ją odebrać z lotniska. Dom do posprzątania i obiad do ugotowania. Po przyjeździe nawet nie będę mógł za długo porozmawiać z siostrą, czeka anatomia do nauki. Boże, w środę zaliczenie, a ja prawie nic nie umiem. Ech, tyle roboty się zwaliło na głowę. Ale mimo wszystko czuję, że żyję. Wydam tomik poezji i książkę naukową. Poproszę Martę o pomoc z tymi przypisami do pozycji naukowej, to się ze wszystkim jakoś powinienem wyrobić do tej środy. A w czwartek pierwsza rozmowa kwalifikacyjna. Jak ja się cieszę, że już nie pracuję w fundacji, umierałem tam. Czy ja już jestem stary, że tak marudzę? A ten dzisiejszy sen? Śniłem, że jestem małym chłopcem. Swoją drogą to całkiem realny był ten sen i nawet mi się podobał. Pamiętam moją kochaną „dziewiętnastkę”:
Cykl spotkań z poezją Sławomira Hawryszczuka
Odcinek pierwszy
Spowiedź zniewolonego poety
Późną jesienią 2007 roku los dał mi poznać Sławomira Hawryszczuka. Spadł mi z nieba, jak deus ex machina w pewien listopadowy wieczór, kiedy po raz pierwszy postanowiliśmy spotkać się offline w sopockiej kawiarni Café del Arte, która mieści się w Krzywym Domku. Wcześniej znaliśmy się jedynie w świecie online. To on zaprosił mnie do grona swoich znajomych na jednym ze znanych portali społecznościowych, spodobały mu się moje zdjęcia i tak się wszystko zaczęło. Od pierwszych chwil w realnym świecie okazało się, że potrafimy z sobą rozmawiać, interesują nas podobne tematy, lubimy te same filmy, jednym słowem nadajemy na tych samych falach. Okazało się, że od kilku dobrych lat pisze poezję, którą potem przesłał mi na maila. Przyznam się, iż spodziewałam się częstochowskich rymów, zostałam jednak zaskoczona. Okazało się, że teksty są bardzo trudne i bardzo autentyczne. Ściśle związane z ludzką egzystencją, ale nie stronią od prawdy, opowiadają o tym, co boli autora, czego się obawia, na pewno intrygują prawdą o życiu, które dalekie jest od wesołego świata przedstawianego w reklamach, czy pseudożycia w milionowych odcinkach tysiąca bzdurnych seriali, gdzie zazwyczaj wszystko kończy się pozytywnie. Może zabrzmi to dziwnie, ale zakochałam się w ich „życiowym wydźwięku”, czasem bardzo pesymistycznym, ale pozbawionym sztucznego, plastikowego uśmiechu i kultu bezbólu. Dosyć udawania, że zło i cierpienie nie istnieją, gdyż na wszystko są tabletki przeciwbólowe. Prawda jest daleka od takiej wizji i bardzo brutalna.

Niedawno przyszedł na świat w mojej głowie pomysł cyklu artykułów, w których opowiem o kilku wierszach tego nieznanego jeszcze poety. Zatem otwieram odcinek pierwszy pt. Spowiedź zniewolonego poety. Opowiem w nim o wierszu Jeden obok drugiego. Tekst ten jest rozbudowanym opisem świata wewnętrznego osoby mówiącej. To monolog człowieka odizolowanego, zagubionego i przerażonego. Podmiot liryczny to z jednej strony „opowiadacz” wydarzeń, komentator, a z drugiej ich uczestnik.
Tekst ma wyraźną dwudzielną konstrukcję. Pierwsza część przedstawia opis świata, w którym przyszło mu egzystować. Osoba mówiąca uczestniczy w wydarzeniach, które opisuje, ponadto jest ich komentatorem. Świat przedstawia w takich barwach, które sam rozumie, które drzemią w jego doświadczeniu, jest to wizja egocentryczna. To, co widzi, odnosi do własnych przeżyć. Z kolei druga część to portret psychologiczny samego podmiotu, opis emocji, jakie budzą się w jego wnętrzu, podczas zderzenia z rzeczywistością otaczającego świata i ludzi. Trochę jakby liryka wyznania, błagalne wołanie o pomoc człowieka z depresją.
„Ja” liryczne w żaden możliwy sposób nie jest w stanie koegzystować ze światem zewnętrznym. To introwertyczne upośledzenie widoczne już od samego początku utworu wierszowanego. Podmiot mówi:
Stoją przede mną, za mną i obok mnie.
Szturchają, pchają, a ja duszę się.
Zimne policzki, oczy kreta.
To twarze tłumu
W odcieniach palety Moneta.
Opisuje tylko wycinek rzeczywistości, sytuację, w której przychodzi mu zetknąć się z człowiekiem. Metonimicznie posługuje się obrazem twarzy, która symbolizować ma odmienną niż on formę bytu. Podmiot czuje się osaczony przez zbiorowego bohatera. „Obcy” kłębią się wokół niego, zamykając przestrzeń, w której czuje się komfortowo, zacieśniając myśli, możliwość jakichkolwiek wewnętrznych doznań oraz utrzymanie indywidualności „ja” lirycznego, do tego stopnia, że zaczyna brakować tlenu, by istnieć. Jedyne o czym marzy podmiot liryczny, to ucieczka.
Obce twarze zimne – ułomne, umarłe, mają zimne policzki, zimne spojrzenia krecich, jałowych oczu – wielkich, ale niesprawnych do obserwacji świata na ziemi w obecności światła. Skoro twarze są ślepe, to w jaki sposób mogą opisywać drugiego człowieka?
Na „pierwszy rzut oka” symbol kreciego wzroku wskazuje, tak jak już zostało wyżej wymienione, na brak możności obserwacji przy obecności światła. Kret widzi, ale słabo i tylko pod ziemią. Zagłębiając się w znaczenie tego symbolu, dostrzec można bardzo silne powiązanie ze sferą empiryczną. Wzrok jest bowiem narzędziem poznania. Zatem krecie oczy to bardzo upośledzone narzędzie, właściwie narzędzie poznania, które nigdy nie da rzeczywistego, prawdziwego i idealnego obrazu obserwowanej materii. Dalej symbol ten wskazuje również na brak możliwości poznania drugiego człowieka. Każdorazowa próba dociekania, kim jest „obcy” spełznie na niczym, ponieważ badacz posługuje się ułomnym narzędziem badawczym.
Krecim oczom towarzyszą zimne policzki. Zimno symbolizuje śmierć poprzedzoną katuszami. Zimno i gorąco bowiem związane są ze sferą piekielną. Przebywająca w piekle dusza ludzka cierpiała raz wielkie zimno, raz wielkie gorąco. Stąd wnioskować można, iż zimne policzki obcych ludzi o krecim wzroku będą symbolizowały ułomne istoty, zadające cierpienie podmiotowi lirycznemu. Owe oczy zderzone zostają z paletą barw, którą wykorzystywał Monet – jeden z ojców impresjonizmu. Posługiwał się on abstrakcyjnymi plamami, które dawały efekt świetlistości, ulotności. Impresjoniści bardzo często malowali te same obiekty w różnych porach dnia i roku, aby pokazać je w różnoraki sposób oświetlone.
Druga zwrotka tekstu przedstawia rozbudowaną metaforę ludzkiej indywidualności. Podmiot liryczny nadal pozostaje w roli „opowiadacza”. We fragmencie tym pojawiają się ukryte pod różnymi kolorami, ludzkie twarze, które zostały w bardzo znacznym stopniu skonkretyzowane przez osobę mówiącą. Każda twarz, to oddzielne indywiduum, wszystkie tworzą obraz kolorowej mozaiki. Jak się głębiej nad tym zastanawia, to można zauważyć, iż są to autentyczne barwy, jakimi posługiwał się Monet w swoich obrazach. Podmiot liryczny skazany jest na współistnienie z symbolicznymi twarzami. Każdy z kolorów, to inna osobowość ludzka, „drugi” człowiek, z którym on – jako odrębny byt, nie potrafi w żaden możliwy sposób się porozumieć. To współistnienie to jedynie koegzystencja, z żadnym z ludzi nie potrafi nawiązać nici porozumienia. Postaci zaczynają w bardzo dynamiczny sposób gwałcić osobę podmiotu, ten z kolei umiera w wielkich męczarniach. Obecność drugiego człowieka staje się dla niego formą kary, czy zniewolenia wewnętrznego. Stąd paniczna chęć ucieczki, odwetu, opuszczenia miejsca spotkania. Podmiot mówi, że ludzie tworzą śmieszne szwadrony. Ten brutalny oksymoron potęguje poczucie jego odizolowania. Dlaczego śmieszne szwadrony? Celowe zderzenie dwóch przeciwstawnych słów, o zupełnie odmiennej barwie znaczeniowej, pokazać ma absurdalną próbę gromadzenia się ludzi w grupach, próbę nawiązania porozumienia z drugim człowiekiem. Jest ona z góry skazana na klęskę, gdyż każda jednostka ludzka jest indywiduum, którego nikt obcy nie jest w stanie poznać w całości. Przy czym całość traktuje o pełni ludzkiej idei.
Śmieszny szwadron to ponadto dziwna figura, w jaką zlepieni są ludzie w tekście Hawryszczuka. Podmiot liryczny mówi, że męczy go taki matematyczny układ. Nie ma w nim żadnego ładu, który mógłby zagwarantować spokój jego wnętrzu. Dlatego marzy o jak najszybszym rozejściu się każdej osobowości do swojego świata. Tylko w taki sposób indywiduum każdej persony może się najlepiej rozwijać. Człowiek musi włożyć wiele pracy, by odbyć podróż w głąb samego siebie, pojąć kim jest, najlepiej mu samemu ze sobą przebywać, najbezpieczniej, najwygodniej, najspokojniej. Kiedy trzeba się konfrontować ze światem zewnętrznym, podmiot liryczny zaczyna się dusić, przeżywa ogromną traumę, czuje, że popada w obłęd. Ludzie nie są w stanie żyć ze sobą razem, zdolni jedynie stać jeden obok drugiego:
Wszyscy stoimy, jeden obok drugiego,
W dziwną figurę zlepieni
Już teraz zapraszam do kolejnego odcinka cyklu. Jego temat pozostawiam jednak w tajemnicy.
Marta Futyma.
Muzyka | Kino | Teatr i Opera | Imprezy |Literatura |Fotografia | Wystawy |