Teatr i Opera | Radio | Filmoteka | Wystawy i galerie | Muzyka | Literatura i poezja | Poezja | Rockmetal Trójmiasto | Foto-dzaba | Tworzenie stron www |
Czwartek, 9 września 2010
godzina:

Co już było
Naukowo
Co piszczy w słowach? Poezja
Wyszukaj  
szukaj  

 

Cykl spotkań z poezją Sławomira Hawryszczuka

 

Odcinek drugi

 

Szkoła opus dziewiętnasty

 

Jest rok 1981, zima, tuż przed Bożym Narodzeniem. Chyba 20. grudnia? Od tygodnia stan wojenny. Jestem mały, mało rozumiem, co się stało. Wieczór, godzina osiemnasta minut dziesięć, tuż po kolacji, ale mama pozwoliła mi jeszcze popatrzeć przez okna naszego domu w Gdyni. Pada śnieg, a ja strasznie lubię patrzeć, jak płatki śniegu rozpuszczają się na szybie. Ludzie spokojnie spacerują po zaśnieżonych ulicach. Mama mówiła, że mogą tak spacerować tylko do godziny dwudziestej drugiej. Wtedy już śpię. Chciałbym być już dużym chłopcem. Jak dorosnę, nie pójdę spać przez całą noc i sprawdzę, czy opowieści mamy są prawdziwe. Teraz już uciekam do łóżka, rano muszę pójść do szkoły.

 

Zamknąłem już oczy. Ale fajnie, jest lato, a może to późna wiosna? Nie ważne, w ogóle nie jestem zmęczony. Czy to mi się śni, czy to się dzieje naprawdę? Jest bardzo ciepło i przyjemnie. Świeci słoneczko. Ptaszki ćwierkają. Godzina dziesiąta, wreszcie mogę się wysypiać. Są ferie świąteczne, a może już wakacje? Sam nie wiem. Zaraz biegnę na podwórko, pobawić się z Anią w chowanego. Proszę, nie mów nic chłopakom, jak się dowiedzą, że lubię grać z dziewczyną w klasy, albo biegać i się chować, to będą się ze mnie śmiali. Ania jest fajna, jak na dziewczynę i dlatego lubię jej towarzystwo. Ma długie jasne warkocze, czasem mnie nimi niechcący strzeli po oczach, to tak koszmarnie boli. Kiedy gramy w klasy, zawsze pierwszą rundę pozwala mi wygrywać. Ale nie mów o tym chłopakom, bo będą się ze mnie śmiali.

 

 

 

 

Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać? Nagle znalazłem się na samym środku drogi do mojej szkoły. Chyba idę na rozpoczęcie roku, jestem ubrany w granatowe spodnie wyjściowe i w białą koszulę. Mijam domy na ulicy Nocznickiego, drzewa są już trochę pożółkłe, czasem spadnie liść. Wiruje na wietrze jak baletnica i spada, spada na ziemię. Ech, już czuć zimniejsze powietrze. Trochę mi smutno, że wakacje się skończyły, zabawy na dworze, kąpiele w morzu i spacery po lesie, ale trochę stęskniłem się za kolegami z klasy i za panią wychowawczynią. Teraz znów czeka dziesięć miesięcy mozolnej pracy. O, o już wchodzę w gaik, szkoła niedaleko. Ale pięknie wyglądają drzewa w blasku ostatnich promieni letniego słońca. Żółte, niczym złote jaszczurki wymachujące ogonami. Drzewa iskrzą się jeszcze, ale wieczory i poranki są już chłodne. Łezka kręci się w oku, tuż przed tygodniem hasaliśmy tutaj ja, Krzysiek i Tomek, uwielbiam wspinać się na drzewa. Mama mnie wtedy skrzyczała trochę, podarłem nowe spodnie, a ona biedna stała po nie całą noc przed Halą w Gdyni. Słyszę hałaśliwe rozmowy, między drzewami widać już szkolną bramkę. Jak co roku rozpoczęcie nauki odbywa się na świeżym powietrzu. No dobra, teraz już biegnę w stronę szkoły...

 

I nagle się obudziłem. Kiedy już otrzeźwiałem, zacząłem się koszmarnie śmiać. Ale ze mnie gapa, muszę być ciszej, bo wszystkich obudzę. Jest ósma rano, sobota, domownicy jeszcze śpią. Mam wolny dzień od pracy, ale żeby mieć taki sen i to sen o śnie? Dziwny autotematyzm. Ach to pewnie z przepracowania. Skoro już się obudziłem, to zrobię sobie kawę i dzisiaj odświętnie wypiję ją na werandzie. Dzień zapowiada się bardzo upalny. Jak dobrze wyciągnąć się na leżaku i jeszcze chwilkę poleniuchować. Mam dzisiaj sporo obowiązków. Wieczorem przylatuje Klaudia ze Szkocji, trzeba ją odebrać z lotniska. Dom do posprzątania i obiad do ugotowania. Po przyjeździe nawet nie będę mógł za długo porozmawiać z siostrą, czeka anatomia do nauki. Boże, w środę zaliczenie, a ja prawie nic nie umiem. Ech, tyle roboty się zwaliło na głowę. Ale mimo wszystko czuję, że żyję. Wydam tomik poezji i książkę naukową. Poproszę Martę o pomoc z tymi przypisami do pozycji naukowej, to się ze wszystkim jakoś powinienem wyrobić do tej środy. A w czwartek pierwsza rozmowa kwalifikacyjna. Jak ja się cieszę, że już nie pracuję w fundacji, umierałem tam. Czy ja już jestem stary, że tak marudzę? A ten dzisiejszy sen? Śniłem, że jestem małym chłopcem. Swoją drogą to całkiem realny był ten sen i nawet mi się podobał. Pamiętam moją kochaną „dziewiętnastkę”:

 

 

Pamiętasz przyjacielu ten stan otchłani?

Jak krokiem chłopięcego walca,

W ciszy świtu szedł razem z nami

Przez ten gaik co ranka.

I ta wszechobecna barwna łaska

Okalająca tego miejsca wieczną cichość,

Gdzie stoi dostojna dziewiętnastka.[1]

 

 

Sto lat temu napisałem ten tekst. Kochałem moją szkołę. Kiedy miałem siedem lat, w pierwszej klasie wydawała mi się wielkim, nieznanym zamczyskiem.

 

Jak ten wiersz dalej szedł, no przecież pamiętam:

 

 

Nasza pierwsza miłość,

Czy pamiętasz, Aniu, ten mały placyk

Na którym kredą klasy kreśliłaś,

Który latem był naszą radością

Wokół którego kwiaty sadziłaś.

Jakaż Ona po tych latach

Przez kryształ młodości puszczona z boku,

Jakie świeże wspomnienia odbija w twarzach

I murach jak marmur Pantelikonu.

 

 

Anka, moja pierwsza miłość. Swoją drogą ciekawe, co ona teraz robi? Pewnie założyła już dawno rodzinę i jej dzieci są w takim wieku, jak my wtedy. Moja pierwsza fascynacja kobietą. Wciąż pamiętam długie blond warkocze, zawiązane czerwoną wstążką, podkolanówki w paski i granatowy szkolny fartuszek. Ciekawe jak wygląda teraz? Pewnie wyrosła na piękną kobietę, skończyła studia, pracuje. Jest ciężko, ale w tamtych czasach nasi rodzice chyba mieli dużo trudniejsze życie. Moja mama jeszcze wtedy zupełnie zdrowa, te ciągłe stanie w kolejkach po cokolwiek, koszmar. I stan wojenny – życie niby wolnym, ale ubezwłasnowolnionym. Dzisiaj łatwiej nie jest, ale przynajmniej mogę sobie teraz spokojnie pić kawę na własnej werandzie i nikt mi nie kontroluje rozmów telefonicznych.

 

Myślę, że wspomnienia nie są oznaką starzenia się człowieka. Przecież ciągle coś wspominamy. Ten sen właśnie mi to uświadomił. Dziecko, idące do szkoły, wspomina jeszcze ostatnie tchnienie wakacyjnego luzu. A nasi bliscy, którzy odeszli? Przecież wciąż żyją w naszych wspomnieniach. A sukcesy i porażki, przecież wyciągamy z przeżyć wciąż nowe wnioski. Stąd wspominamy pewne wydarzenia z życia własnego, przyjaciół, czy rodziny. A miłość? Uczucia, czym by były bez wspomnień? Jałową kartką w naszym życiorysie. Z biegiem czasu uczucia bledną, a wspomnienia przeobrażają ją w głębszą przyjaźń. Wcale nie czuję się stary. Strona z tym wierszem w moim pierwszym tomiku będzie wyrazem nie zestarzenia się, a wrażliwości i szacunku dla Boga, który pozwolił mi to wszystko przeżyć. Tak już człowiek jest skonstruowany, że czasem wspomina. To niesamowite, jak tez gaik tuż za zakrętem się zmienił przez te lata. Drzewa się pochyliły trochę, ale wciąż biegają tam i bawią się dzieci. To takie magiczne miejsce w Gdyni, gdzie łączą się pokolenia. Drzewa i mury „dziewiętnastki” teraz nie wydają mi się tak niewyobrażalnie wielkie. Ale to normalne, gdyż dziecko postrzega świat w trochę innej perspektywie niż dorosły. To tak jak z perspektywą domu, o której pisał Bachtin. Wszystko wydaje się dziecku takie przerysowane, wielkie i baśniowe. Tak właśnie postrzegałem moją podstawówkę, mając zaledwie siedem lat.

 

 

Kochane wspomnienia jeszcze raz obite w lekkie słoty.       

Oddały nam te lata bieli,

Hulaszcze pełne młodzieńczej rewolty,

Kiedy wolność w nas tryskała

Przez bramy jej oświaty.

Ona pod Jowiszem w lasku stała

Szkoła opus dziewiętnasty.

 

 

To zadziwiające, że kiedy wspomina się lata dzieciństwa bez traumatycznych przeżyć to jawi się ono w jasnych barwach w odcieniach bieli, lub jasnej żółci, czy podobnie jak marzenia w różu. Młodość zazwyczaj to czas totalnego szaleństwa. Barwy te – impresjonistyczne, mgliste oddają spokój i ciepło domowego zacisza.

 

W mojej szkole po raz pierwszy, dzięki nauczycielce od języka polskiego, której nazwiska jak na złość nie mogę sobie teraz przypomnieć, zostałem doceniony jako uczeń o nieprzeciętnych zdolnościach literackich. To miejsce, zaciszne, spokojne, niczym mityczna Arkadia dawało mi schronienie w trudnych czasach, choć wtedy, mając te siedem lat, chyba nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Miłość do muzyki i wrażliwość na sztukę wyniosłem z domu, dzięki moim wspaniałym rodzicom. Szkoła była tym miejscem, gdzie mogłem to kształtować i rozwijać. Tu zrodziły się podstawy człowieka, którym jestem dzisiaj, gdyż jak mawiał Adam Mickiewicz, wiedzę możemy zdobywać od innych, ale mądrości musimy nauczyć się sami. Wspomnienia są właśnie moją mądrością. Wspomnienia łączą to, co było, co jest i co szykuje człowiekowi przyszłość.

 

O rany!!! Już dziewiąta trzydzieści, strasznie późno, wracam do swoich obowiązków, żeby zdążyć ze wszystkim na czas. Jestem niewolnikiem czasu…

 

 

Marta Futyma (wrzesień 2009)

 



[1] Pamiętasz, S. Hawryszczuk – tekst nie publikowany, pochodzi z rękopisów autora. Wszystkie cytaty pochodzą z tego wiersza.


 

Cykl spotkań z poezją Sławomira Hawryszczuka

 

Odcinek pierwszy

Spowiedź zniewolonego poety

 

 

JEDEN OBOK DRUGIEGO

 

                                                                                              


Stoją przede mną, za mną i obok mnie.

Szturchają, pchają a ja duszę się.

Zimne policzki, oczy kreta

To twarze tłumu

W odcieniach palety Moneta.  

 

Wszyscy stoimy, jeden obok drugiego,

W dziwną figurę zlepieni.

A ja bliski obłędu,

Czekam aż się rozejdziemy.

Tworzymy śmieszne szwadrony,

A każdy malowany w inne kolory.

 

Twarz czerwona, psotna, wesoła,

Szepce coś do białej.

A wszyscy śmieją się dookoła,

Jedynie czarna złowieszczo spogląda

 Na humory innych w pozostałych kolorach.

 

Twarz fioletowa stoi spokojna,

Pełna zadumy innych ogląda.

A zieloni cali nerwowi,

Nie wiedzą co robić,

Za kim kroczyć,

By od tłumu się uwolnić. 

 

A mnie szturchają, pchają

Ciekawe, złośliwe spojrzenia miażdżą. 

I duszę się, i pocę się,

I doznaję wrażenia,

Że każdy w mych myślach szpera,

Wyjmuje najskrytsze uczucia

I rozwija je ku mojej zgubie,

Jak z papieru cukierka

Ukrytego w ścianach blaszanego pudełka.

 

Stoją przede mną, za mną i obok mnie,

Szturchają, pchają a ja pocę się,

Szukam opętany koryta

I gorączka za gardło mnie chwyta.

 

Muszę się stąd wydostać.

Tu osobowość wielu 

W jedną może być stopiona.

Dlatego głucho wołam,

 

 

Otwórzcie mi przestrzeni wrota,

Chce otrzepać się z waszych iglastych spojrzeń,

Z cuchnących bruzd chwaszczących wasze języki. 

Zawsze dostrzegam w nich ziarno ironii,

Przez które bunt we mnie się rodzi.

 

Tłum z sił mnie wysysa,

Jak komar pijany wino z kieliszka.

W tłumie jest zbrodni zalążek,
Dlatego jak umknę, obmyję dłonie



 

 

Późną jesienią 2007 roku los dał mi poznać Sławomira Hawryszczuka. Spadł mi z nieba, jak deus ex machina w pewien listopadowy wieczór, kiedy po raz pierwszy postanowiliśmy spotkać się offline w sopockiej kawiarni Café del Arte, która mieści się w Krzywym Domku. Wcześniej znaliśmy się jedynie w świecie online. To on zaprosił mnie do grona swoich znajomych na jednym ze znanych portali społecznościowych, spodobały mu się moje zdjęcia i tak się wszystko zaczęło. Od pierwszych chwil w realnym świecie okazało się, że potrafimy z sobą rozmawiać, interesują nas podobne tematy, lubimy te same filmy, jednym słowem nadajemy na tych samych falach. Okazało się, że od kilku dobrych lat pisze poezję, którą potem przesłał mi na maila. Przyznam się, iż spodziewałam się częstochowskich rymów, zostałam jednak zaskoczona.
 Okazało się, że teksty są bardzo trudne i bardzo autentyczne. Ściśle związane z ludzką egzystencją, ale nie stronią od prawdy, opowiadają o tym, co boli autora, czego się obawia, na pewno intrygują prawdą o życiu, które dalekie jest od wesołego świata przedstawianego w reklamach, czy pseudożycia w milionowych odcinkach tysiąca bzdurnych seriali, gdzie zazwyczaj wszystko kończy się pozytywnie. Może zabrzmi to dziwnie, ale zakochałam się w ich „życiowym wydźwięku”, czasem bardzo pesymistycznym, ale pozbawionym sztucznego, plastikowego uśmiechu i kultu bezbólu. Dosyć udawania, że zło i cierpienie nie istnieją, gdyż na wszystko są tabletki przeciwbólowe. Prawda jest daleka od takiej wizji i bardzo brutalna.

 

Niedawno przyszedł na świat w mojej głowie pomysł cyklu artykułów, w których opowiem o kilku wierszach tego nieznanego jeszcze poety. Zatem otwieram odcinek pierwszy pt. Spowiedź zniewolonego poety. Opowiem w nim o wierszu Jeden obok drugiego. Tekst ten jest rozbudowanym opisem świata wewnętrznego osoby mówiącej. To monolog człowieka odizolowanego, zagubionego i przerażonego. Podmiot liryczny to z jednej strony „opowiadacz” wydarzeń, komentator, a z drugiej ich uczestnik.

Tekst ma wyraźną dwudzielną konstrukcję. Pierwsza część przedstawia opis świata, w którym przyszło mu egzystować. Osoba mówiąca uczestniczy w wydarzeniach, które opisuje, ponadto jest ich komentatorem. Świat przedstawia w takich barwach, które sam rozumie, które drzemią w jego doświadczeniu, jest to wizja egocentryczna. To, co widzi, odnosi do własnych przeżyć. Z kolei druga część to portret psychologiczny samego podmiotu, opis emocji, jakie budzą się w jego wnętrzu, podczas zderzenia z rzeczywistością otaczającego świata i ludzi. Trochę jakby liryka wyznania, błagalne wołanie o pomoc człowieka z depresją.

„Ja” liryczne w żaden możliwy sposób nie jest w stanie koegzystować ze światem zewnętrznym. To introwertyczne upośledzenie widoczne już od samego początku utworu wierszowanego. Podmiot mówi:

Stoją przede mną, za mną i obok mnie.

Szturchają, pchają, a ja duszę się.

Zimne policzki, oczy kreta.

To twarze tłumu

W odcieniach palety Moneta.[1]


Opisuje tylko wycinek rzeczywistości, sytuację, w której przychodzi mu zetknąć się z człowiekiem. Metonimicznie posługuje się obrazem twarzy, która symbolizować ma odmienną niż on formę bytu. Podmiot czuje się osaczony przez zbiorowego bohatera. „Obcy” kłębią się wokół niego, zamykając przestrzeń, w której czuje się komfortowo, zacieśniając myśli, możliwość jakichkolwiek wewnętrznych doznań oraz utrzymanie indywidualności „ja” lirycznego, do tego stopnia, że zaczyna brakować tlenu, by istnieć. Jedyne o czym marzy podmiot liryczny, to ucieczka.

Obce twarze zimne – ułomne, umarłe, mają zimne policzki, zimne spojrzenia krecich, jałowych oczu – wielkich, ale niesprawnych do obserwacji świata na ziemi w obecności światła. Skoro twarze są ślepe, to w jaki sposób mogą opisywać drugiego człowieka?

Na „pierwszy rzut oka” symbol kreciego wzroku wskazuje, tak jak już zostało wyżej wymienione, na brak możności obserwacji przy obecności światła. Kret widzi, ale słabo i tylko pod ziemią.  Zagłębiając się w znaczenie tego symbolu, dostrzec można bardzo silne powiązanie ze sferą empiryczną. Wzrok jest bowiem narzędziem poznania. Zatem krecie oczy to bardzo upośledzone narzędzie, właściwie narzędzie poznania, które nigdy nie da rzeczywistego, prawdziwego i idealnego obrazu obserwowanej materii. Dalej symbol ten wskazuje również na brak możliwości poznania drugiego człowieka. Każdorazowa próba dociekania, kim jest „obcy” spełznie na niczym, ponieważ badacz posługuje się ułomnym narzędziem badawczym.

Krecim oczom towarzyszą zimne policzki. Zimno symbolizuje śmierć poprzedzoną katuszami. Zimno i gorąco bowiem związane są ze sferą piekielną. Przebywająca w piekle dusza ludzka cierpiała raz wielkie zimno, raz wielkie gorąco. Stąd wnioskować można, iż zimne policzki obcych ludzi o krecim wzroku będą symbolizowały ułomne istoty, zadające cierpienie podmiotowi lirycznemu. Owe oczy zderzone zostają z paletą barw, którą wykorzystywał Monet – jeden z ojców impresjonizmu. Posługiwał się on abstrakcyjnymi plamami, które dawały efekt świetlistości, ulotności. Impresjoniści bardzo często malowali te same obiekty w różnych porach dnia i roku, aby pokazać je w różnoraki sposób oświetlone.

Druga zwrotka tekstu przedstawia rozbudowaną metaforę ludzkiej indywidualności. Podmiot liryczny nadal pozostaje w roli „opowiadacza”. We fragmencie tym pojawiają się ukryte pod różnymi kolorami, ludzkie twarze, które zostały w bardzo znacznym stopniu skonkretyzowane przez osobę mówiącą. Każda twarz, to oddzielne indywiduum, wszystkie tworzą obraz kolorowej mozaiki. Jak się głębiej nad tym zastanawia, to można zauważyć, iż są to autentyczne barwy, jakimi posługiwał się Monet w swoich obrazach. Podmiot liryczny skazany jest na współistnienie z symbolicznymi twarzami. Każdy z kolorów, to inna osobowość ludzka, „drugi” człowiek, z którym on – jako odrębny byt, nie potrafi w żaden możliwy sposób się porozumieć. To współistnienie to jedynie koegzystencja, z żadnym z ludzi nie potrafi nawiązać nici porozumienia. Postaci zaczynają w bardzo dynamiczny sposób gwałcić osobę podmiotu, ten z kolei umiera w wielkich męczarniach. Obecność drugiego człowieka staje się dla niego formą kary, czy zniewolenia wewnętrznego. Stąd paniczna chęć ucieczki, odwetu, opuszczenia miejsca spotkania. Podmiot mówi, że ludzie tworzą śmieszne szwadrony. Ten brutalny oksymoron potęguje poczucie jego odizolowania. Dlaczego śmieszne szwadrony? Celowe zderzenie dwóch przeciwstawnych słów, o zupełnie odmiennej barwie znaczeniowej, pokazać ma absurdalną próbę gromadzenia się ludzi w grupach, próbę nawiązania porozumienia z drugim człowiekiem. Jest ona z góry skazana na klęskę, gdyż każda jednostka ludzka jest indywiduum, którego nikt obcy nie jest w stanie poznać w całości. Przy czym całość traktuje o pełni ludzkiej idei.

Śmieszny szwadron to ponadto dziwna figura, w jaką zlepieni są ludzie w tekście Hawryszczuka. Podmiot liryczny mówi, że męczy go taki matematyczny układ. Nie ma w nim żadnego ładu, który mógłby zagwarantować spokój jego wnętrzu. Dlatego marzy o jak najszybszym rozejściu się każdej osobowości do swojego świata. Tylko w taki sposób indywiduum każdej persony może się najlepiej rozwijać. Człowiek musi włożyć wiele pracy, by odbyć podróż w głąb samego siebie, pojąć kim jest, najlepiej mu samemu ze sobą przebywać, najbezpieczniej, najwygodniej, najspokojniej. Kiedy trzeba się konfrontować ze światem zewnętrznym, podmiot liryczny zaczyna się dusić, przeżywa ogromną traumę, czuje, że popada w obłęd. Ludzie nie są w stanie żyć ze sobą razem, zdolni jedynie stać
jeden obok drugiego:


Wszyscy stoimy, jeden obok drugiego,

W dziwną figurę zlepieni

A ja bliski obłędu,

Czekam, aż się rozejdziemy.

Tworzymy śmieszne szwadrony,

A każdy malowany w inne kolory.


Tekst przywołuje kontekst interpretacyjny związany z jedną ze współczesnych reklam, pochodzącą z ogólnopolskiej kampanii uświadamiającej obywatelom, jak trudną chorobą jest depresja – ciężką przede wszystkim dla samego chorego. Reklama przedstawiała kobietę w barwach czarno-białych, zagubioną, przerażoną, stojącą w tłumie różnobarwnych ludzi, wesołych, rozgadanych. Tłum doskonale się bawi, każdy poświęca innym mnóstwo czasu. Opozycją do nich jest przestraszona niewiasta zamknięta w pomieszczeniu otoczonym szklanymi ścianami. Kobieta próbuje nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym, jednak każda próba kończy się fiaskiem, gdyż oddziela ją zimne szkło – depresja. Kolejne podejścia wyczerpują ją do granic możliwości, zamyka się w sobie, opada z sił, osuwa się po szybie na ziemię, ma problem z ponownym podniesieniem. W jej ukrzyżowanych niemalże oczach pojawiają się łzy. Chora nie uśmiecha się, wzrok, skupiony na jednym punkcie, zdradza chęć unicestwienia, rozpłynięcia się w materii.

            Reklamę i wiersz łączy ta sama kreacja osoby mówiącej i bohatera. Spot jest obrazowym przedstawieniem sytuacji, która rozgrywa się we wnętrzu podmiotu lirycznego wiersza Sławomira Hawryszczuka. Czarno – biała kobieta chce się rozpłynąć, przestać istnieć, gdyż życie jej to egzystencja, a brak porozumienia ze światem zewnętrznym wpycha ją w grób. Osoba mówiąca czeka, kiedy tłum ludzi się rozejdzie, gdyż popada w obłęd. Podobieństwo objawów jest zatem bardzo silnie widoczne w obu komunikatach. Spot reklamowy pośrednio, wiersz bezpośrednio dotyka symboliki mortualnej. Nie ma wątpliwości, iż grób, unicestwienie, ucieczka, obłęd to balansowanie pomiędzy zimnem a gorącem. Próba poznania „obcego” człowieka to także balansowanie między tymi samymi czynnikami, bo przecież każde istnienie ludzkie to oddzielna forma bytu – A każdy malowany w inne kolory.

            Trzecia i czwarta strofa przedstawiają symboliczne ujęcie odmienności ludzkich osobowości i zamykają opisową część utworu poetyckiego. Istotny jest fakt, iż zwrotki te mają zupełnie inny nastrój niż pozostała część tekstu, bowiem są lekkie i humorystyczne, całość natomiast utrzymana w tonacji poważnej, niemalże przerażającej. We wcześniejszym fragmencie Hawryszczuk ukrył człowieka pod symbolem twarzy, tak w kolejnych twarze te zostają przez niego usystematyzowane dokładniej. Na tym etapie pars pro toto typów ludzi to poszczególne kolory. Zatem uwagę należy skupić na różnych barwach, ich symbolicznym znaczeniu, oddziaływaniu koloru na kolor, oraz odniesienie tych znaczeń do kreacji świata w tekście i innych kontekstów znaczeniowych:


Twarz czerwona, psotna, wesoła,

Szepce coś do białej.

A wszyscy śmieją się dookoła,

Jedynie czarna złowieszczo spogląda

Na humory innych w pozostałych kolorach.


Poeta skupia się w tym miejscu na kilku barwach, a mianowicie: czerwonej, białej, czarnej, fioletowej i zielonej. Jest rzeczą absolutnie pewną, iż kolory te występują wobec siebie w opozycji kontrastu. Sławomir Hawryszczuk celowo dobrał je w taki sposób, aby z jednej strony podkreślić odrębność ludzkiej indywidualności, nakreślić jej niedostępność poznania dla innych osobników tego samego gatunku, a z drugiej, by przedstawić różne typy ludzkie. Twarz czerwona symbolizuje człowieka energicznego o żartobliwym usposobieniu. Barwa ta kojarzy się z krwią i ogniem. Kolor ten ma największy „iloraz akcji” (action quotient). Twarz czerwona jest niewątpliwym optymistą, osobą, która radośnie idzie przez życie, wie, czego chce i potrafi realizować swoje marzenia. W psychologii człowieka o takich cechach nazywa się sangwinikiem. Obok ognistej czerwieni występuje kolor biały – symbol anielskości, opanowania, delikatności, taktu, dobroci i uczciwości. Twarz o tym kolorze jest statyczna. Z racji braku wykonywania ruchu może być utożsamiana z flegmatykiem, człowiekiem zadowolonym z tego, co osiągnął do tej pory w życiu, powolnym, opanowanym, który nie przepada za jakimikolwiek zmianami. Czarna spogląda złowieszczo na humory innych. Czerń symbolizuje sferę piekielną, zło, ciemność, a także depresję. Kolor czarny budzi strach, zapowiada coś niedobrego, chorobę, śmierć, albo zwykłego pecha. W śródziemnomorskim kręgu kulturowym utożsamia pogrzeb i żałobę. Czarna twarz budzi poczucie grozy, podnosi ciśnienie krwi, niesie odczucie impulsywności. W odróżnieniu od ognistej  i pozytywnie aktywnej czerwieni, jej działania zazwyczaj kończą się konfliktami, gdyż jedynie na początku ma zapał. Taką osobę psychologia nazywa cholerykiem.

Już na przykładzie tych kilku twarzy opisywanych przez poetę widać, iż z racji faktu, że każdy człowiek to odrębny byt, którego nie da się poznać do końca, którego nie można zawsze dobrze i jednoznacznie zrozumieć, wskazuje na konflikt i brak odpowiedniego porozumienia zarówno w sferze werbalnej, jak i pozawerbalnej. Ludzie porozumiewają się miedzy sobą za pomocą słów. Bez ujęzykowienia życie w społeczności nie byłoby możliwe, jednak działania te zawsze będą w jakiś sposób ułomne, nieidealne, bowiem język jest tworem umownym.  Każdego dnia człowiek żyje po przez język. Dzięki niemu pojawiają się w ludzkiej świadomości archetypy, gdyż verbum – słowo charakteryzuje człowieka, sytuuje go w różnych rolach, zmienia wewnętrzne stany emocjonalne, które zakorzeniają się właśnie w owej świadomości. Akty perlokucji, które dokonują się dzięki językowi, zmieniają aspekty życia ludzkiego, posługując się eufemizmem, wywracają życie człowieka do góry nogami, mają wpływ na zmianę postaw życiowych, ról, prawa, statusu społecznego, uczuć, a także stanu cywilnego. Język jest zarazem i tworem cywilizacji, a także jej skutkiem. Człowiek rozwija się w języku i poprzez język. Zatem, skoro słowa mają zdolność zakorzeniania się w świadomości, gdzie funkcjonują niejako jednoznacznie, to dlaczego na płaszczyźnie świadomego kontaktu człowieka z człowiekiem powodują szumy komunikacyjne – brak porozumienia, złe zrozumienie, niemożność poznania siebie do końca, idealnie? Rzecz jest z jednej strony dość prosta. Język, jak już powiedziano wcześniej, jest tworem umownym. Zatem nie zawsze pewne jednostki znaczeniowe języka – słowa będą rozumiane w taki sam sposób. Ludzie w danej grupie umawiają się między sobą na pewne znaczenie słowa, jakim się potem posługują. Stąd inna grupa ludzi może zupełnie nie zrozumieć znaczenia słowa, o którym mowa, lub może ono znaczyć zupełnie coś innego. W języku polskim słowo „tak” oznacza potwierdzenie czegoś, czasem także służy jako partykuła pytająca, aby podtrzymywać akt komunikacji, natomiast w języku szwedzkim słowo brzmiące zupełnie tak samo jak w polskim oznacza „dziękuję”. Po drugie brak całkowitego porozumienia między ludźmi powoduje także intymny kod komunikacyjny. Każda jednostka ludzka wytwarza sobie swój własny język wewnętrzny, indywidualne „expsesis verbis”, bowiem myśli człowieka, marzenia exemplifikują się nie tylko w barwach, ale i w słowach. W miarę rozwoju jednostka ludzka przyswaja coraz więcej słów z otoczenia, w którym się wychowuje. Dalej zaczynają one kształtować jego osobowość, sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości. Istnieje także takie zjawisko językowe, w którym człowiek nadaje nowe znaczenia zjawiskom, których dotąd nie znał, tworzy coś w rodzaju „prywatnych neologizmów” wewnętrznych i to dzięki tym tworom staje się niezrozumiały dla otoczenia zewnętrznego. Tymi neologizmami mogą być doświadczenia życiowe, które wywierają ogromny wpływ na postrzeganie świata zewnętrznego, emocje dotąd nieznane. Neologizmy wewnętrzne jednak tworzone są tylko w świadomości ludzi dorosłych, ponieważ warunkiem ich istnienia jest intymność, moralność, i hamulec emocjonalny, który kształtuje się w świadomości człowieka w momencie osiągania dorosłości. Dzieci charakteryzują się tym, iż nie posiadają takiego hamulca, po prostu mówią wszystko, o czym myślą. Z biegiem czasu człowiek zamyka się w sobie, odczuwa potrzebę zachowywania myśli dla siebie. Z jednej strony jest to przejaw panowania nad emocjami, z drugiej chęć zachowania cząstki siebie w sobie. Język ciągle ewoluuje, zarówno między ludźmi, ale dzięki istnieniu „prywatnych neologizmów” także wewnątrz każdego człowieka.

Tak na przykład dla jednej dorosłej jednostki ludzkiej słowo „szczęście” może nieść za sobą znaczenie „rodzina, wychowywanie dzieci, wspólny dom, kochający partner, a dla innej – bycie singlem, podróże, czy pracę twórczą. Mało tego, te same słowa mogą zmieniać znaczenie wewnątrz jednostek ludzkich pod wpływem czasu, zdobywania doświadczeń życiowych, ale także ze względu na ciągły rozwój wewnętrzny człowieka – starzenie się. Człowiek zmienia w życiu postawy, ponieważ dojrzewa również wewnętrznie. Stąd słowo „szczęście” w wieku dwudziestu lat może oznaczać „posiadanie hondy po tuningu z silnikiem turbo” a w wieku siedemdziesięciu lat po prostu „przebywanie z rodziną, wnukami, prawnukami na świeżym powietrzu”. Ze względu na liczne zmiany znaczeń słów między i wewnątrz ludzi całkowity, jednoznaczny i pełen aspekt porozumienia nigdy nie będzie miał miejsca. Takie przemyślenia potwierdza utwór Hawryszczuka. Ostatnia strofa części opisowej wiersza mówi o twarzy fioletowej i zielonej:

Twarz fioletowa stoi spokojna,

Pełna zadumy innych ogląda.

A zieloni cali nerwowi,

Nie wiedzą co robić,

Za kim kroczyć,

By od tłumu się uwolnić.


Zwrotka potwierdza przemyślenia związane z aspektem porozumiewania się ludzi. Królewska twarz fioletowa, która symbolizuje człowieka z wielkim poczuciem godności osobistej, człowieka myślącego, filozofa, spogląda na zielonych, którzy symbolizują nerwowość, niepokój, spowodowany chęcią oddalenia się, dokąd? Do świata prywatnego, wewnętrznego, aby przebywać w samotności. Strach zielonych twarzy jest strachem depresyjnym.

            Kolejna strofa otwiera drugą część konstrukcyjną tekstu. Od tego momentu punkt widzenia się zmienia. Podmiot liryczny opisuje wewnętrzne stany emocjonalne nie „obcych” tylko swoje:

A mnie szturchają, pchają

Ciekawe, złośliwe spojrzenia miażdżą. 

I duszę się, i pocę się,

I doznaję wrażenia,

Że każdy w mych myślach szpera,

Wyjmuje najskrytsze uczucia

I rozwija je ku mojej zgubie,

Jak z papieru cukierka

Ukrytego w ścianach blaszanego pudełka.


„Ja” liryczne opisuje doznania z konfrontacji z otaczającym go tłumem ludzi. Jest przerażony, doznaje poczucia rozbierania przez innych, w podobny sposób czuje się biało – czarna kobieta ze spotu reklamowego o depresji. Okazuje się także, iż podmiot liryczny po raz kolejny dość jednoznacznie wskazuje odbiorcy że jest człowiekiem cierpiącym na tę chorobę. Przebywanie w tłumie ludzi, którzy odbierani są przez niego jak dzikie i atakujące zwierzęta. Tutaj kontekstem interpretacyjnym może być obraz Hieronima Boscha Chrystus dźwigający krzyż. Podobieństwo sytuacji podmiotu lirycznego do sytuacji Chrystusa, otoczonego przez zezwierzęcone ludzkie twarze, jest uderzające. Oba przekazy posługują się także tym samym symbolem. „Ja” liryczne marzy o tym, by uciec z tłumu, podobnie Jezus ze zmęczenia wewnętrznego, z bólu fizycznego spowodowanego ciężarem ludzkich grzechów pod postacią krzyża, zamyka oczy, aby się odgrodzić od zezwierzęconych ludzi. Jedynymi sojusznikami w cierpieniu pozostają święta Weronika i Łotr. Podmiot liryczny wiersza Jeden obok drugiego panicznie boi się odarcia z własnego ja. Nazywa siebie samego cukierkiem, którego atakują ludzie z zewnątrz w taki sposób, jakby chcieli go pożreć. Odwijają z papierka, który symbolizuje indywidualność, jego własne ja. On tymczasem marzy, by schować się na dnia blaszanego pudełka. Marzy o zachowaniu intymności i własnego ja dla siebie. Pragnie, aby blaszane pudełko ochroniło przed atakiem rozjuszonych chęcią odarcia go z indywidualności różnokolorowych twarzy. Ten fragment tekstu zdominowany jest przez osobowe formy czasownika, które potęgują z jednej strony przerażenie podmiotu lirycznego, z drugiej dynamizują opis, są także gradacją jego myśli. Ta z kolei pokazuje rozwój napięcia, stopniowy wzrost przerażenia, jakie ogarnia „ja” liryczne:


Stoją przede mną, za mną i obok mnie,

Szturchają, pchają a ja pocę się,

Szukam opętany koryta

I gorączka za gardło mnie chwyta.

Muszę się stąd wydostać.

Tu osobowość wielu 

W jedną może być stopiona.

Dlatego głucho wołam,

Otwórzcie mi przestrzeni wrota,

Chcę otrzepać się z waszych iglastych spojrzeń,

Z cuchnących bruzd chwaszczących wasze języki. 

Zawsze dostrzegam w nich ziarno ironii,

Przez które bunt we mnie się rodzi.


Kolejne strofy są dobitnym opisem wewnętrznego wzburzenia podmiotu. Strach ewoluuje w nim i przeradza się w bunt. Podmiot liryczny odczuwa atak tłumu na własnym ciele, czuje, jak popychają go języki dzikich, ludzkich twarzy, hałas jest coraz bardziej doniosły, podmiot czuje kłujące spojrzenia. Marzy by się od tych spojrzen uwolnić – otrzepać. Każdy swoimi krecimi oczami wbija w niego igłę, podmiot głuchnie, ślepnie. Wyje błagalnym głosem by wypuścić go z tego miejsca, błaga o pomoc. Wrota są tutaj symbolem pragnienia i olbrzymiej tęsknoty za poczuciem wolności, swobody, wyrazem tęsknoty za dającą mu  umiarkowaną radość, spokój i szczęście – samotnością.

            Opis ten to na poły apokaliptyczna wizja osobowości „ja” lirycznego, na poły wizja, która w dość jasny sposób nawiązuje do języka polskiego turpisty – Stanisława Grochowiaka. Podmiot pragnie uwolnić się od kłamstw, jakimi karmią go ludzie z tłumu. Ich kłamstwa powodują w nim chęć podjęcia fizycznej walki, pobudzają do buntu, ponieważ:

Tłum z sił mnie wysysa,

Jak komar pijany wino z kieliszka.

W tłumie jest zbrodni zalążek,

Dlatego jak umknę, obmyję dłonie.


Chce on podjąć walkę, gdyż tłum pragnie wessać jego osobowość jak komar spija wino z kieliszka. Wino symbolizuje tutaj prawdziwą ludzką krew, będącą ukryciem tego, co najbardziej osobiste – indywidualności. Ostatnia strofa wiersza jest metaforyczną pointą całości z jednej strony, a z drugiej najtrudniejszym i najbardziej wieloznacznym miejscem w całym tekście. We fragmencie tym po pierwsze doszukać się można nawiązań do Biblii, a bliżej do najtragiczniejszej jej postaci, jaką był Poncjusz Piłat, po drugie do Chrystusowej krwi. Może być tak, iż podmiot liryczny porównał samego siebie do Chrystusa, tłum ludzi do tłumu, który dokonał zbrodni, skazując Jezusa na śmierć przez ukrzyżowanie. To samo można odnaleźć w obrazie Boscha. Ten trop interpretacyjny jednak chyba nie do końca wydaje się być słusznym. Podmiot liryczny wskazuje także, że  umyje dłonie, w momencie, kiedy opuści to zbiorowisko.

            Akt umycia dłoni może być tutaj przejawem ucieczki od odpowiedzialności, ta bowiem także, a może i przede wszystkim przypisywana jest Piłatowi. Podmiot liryczny jednak po przez gest umycia dłoni pragnie oczyścić siebie z grzechów tłumu. Nie czuje się na siłach by ponieść odpowiedzialność i za bunt, który w nim się narodził, skierowany wobec „obcych”, i za kłamstwa, krzywdę jaką wyrządziły jemu kolorowe twarze, dokonując gwałtu  na jego mizantropijnej osobowości.

Już teraz zapraszam do kolejnego odcinka cyklu. Jego temat pozostawiam jednak w tajemnicy.



Marta Futyma.



[1] Wszystkie cytaty z tekstu Sławomira Hawryszczuka pochodzą bezpośrednio z maszynopisu autorskiego. Jedynie dokonano w nim korekty edytorskiej.


Muzyka | Kino | Teatr i Opera | Imprezy |Literatura |Fotografia | Wystawy