 
„Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego
„Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego to bardzo wciągający kryminał, w którym trup ściele się dość gęsto, a zwroty akcji (zwłaszcza pod koniec filmu) są żywe i zaskakujące, a także paraboliczna opowieść, którą można interpretować na wielu płaszczyznach. Akcja filmu rozgrywa się w bieszczadzkiej wsi w czasach Polski Ludowej, w trzech płaszczyznach czasowych.
Pierwsze sceny filmu pełnią rolę epilogu, przedakcji, przedstawiają bowiem wydarzenia, które miały miejsce w życiu głównego bohatera – Edwarda Środonia (bardzo dobra rola Arkadiusza Jakubika) – przed dokonaniem się wielokrotnego zabójstwa w domu Dziabasów, o które Środoń jest podejrzany. Akcja główna ogniskuje się natomiast wokół wizji lokalnej, którą milicja przeprowadza zimą w domu zamordowanych w tajemniczych okolicznościach Dziabasów oraz wokół wspomnień Środonia o dniu, w którym zapukał on do drzwi „domu złego” nieszczęsnego małżeństwa. Smarzowski bardzo umiejętnie operuje tymi dwoma planami. Prowadzi akcję – na wzór Quentin’a Tarantino zresztą – od ogółu do szczegółu, tak, aby jeden plan był uzupełnieniem drugiego. Bardzo dba o to, aby główny wątek filmu – wątek kryminalny – był przedstawiony w sposób jasny i został wyjaśniony widzowi do końca.

Jednak wątek kryminalny nie wyczerpuje na szczęście tematyki filmu, w tle bowiem wątku głównego reżyser porusza wiele istotnych problemów dotyczących zarówno polskiej rzeczywistości lat osiemdziesiątych, jak i ludzkości w ogóle. Smarzowski w „Domu złym” stawia więc przede wszystkim pytanie o człowieczeństwo, o to, co stanowi jego istotę i jak wybory ludzkie wpływają bądź nie wpływają na utratę tegoż człowieczeństwa. Ze względu na ten problem chyba akcja została osadzona właśnie w czasach PRL-u – czasy trudne bowiem są zawsze egzaminem z człowieczeństwa dla jednostki ludzkiej. Egzamin ten wzorowo zdał w „Domu złym” porucznik Mróz, który mimo iż pełni niewdzięczną służbę funkcjonariusza milicji, pozostaje nadal jednostką odporną na sterowanie zewnętrzne, indoktrynację, zastraszanie Zięby, na układy komunistycznej władzy, jak sam zresztą o sobie mówi w rozmowie z księdzem – interesują go fakty i prawda, nie polityka. To jemu jedynemu zależy na odkryciu prawdy o morderstwach.
Niestety, władza komunistyczna nie potrzebowała wewnątrzsterowalnych milicjantów, dlatego dochodzenie Mroza skazane jest na niepowodzenie, a sam bohater przepłaca swoje człowieczeństwo życiem. Trzeba jednak zwrócić uwagę na oryginalny sposób zobrazowania środowiska peerelowskiej milicji przez Smarzowskiego. Reżyser pokazuje bardzo ważną prawdę, o której często zapominamy. Pokazuje mianowicie, iż było to środowisko zróżnicowane, w którym można było znaleźć zarówno upijającą się do upadłego, zindoktrynizowaną tłuszczę, jak i kryształowego porucznika Mroza. Jest to rzadko spotykany w polskiej kinematografii obraz milicji, która zazwyczaj jest pokazywana w sposób bardzo zunifikowany, jako tłum, jako wroga siła, całkowicie ujednolicona. Smarzowski pogłębia natomiast portret psychologiczny swoich milicjantów, pokazuje ich charaktery, problemy oraz – co bardzo ważne – jednostkowe podejście do życia i do swojej pracy. Pokazuje ból wyobcowania milicjanta i jego rodziny w społeczeństwie – problem ten dotyka Lisowskiego, który musi zabrać na wizję lokalną swoją ciężarną żonę, ponieważ w razie niespodziewanego porodu nikt z sąsiadów nie pomógłby jej ze względu na pracę męża. Oryginalne potraktowanie tematu milicji przez Smarzowskiego jest bardzo ważne w dzisiejszych czasach.
Prawda pokazana w „Domu złym” jest niezbędna do rozliczenia trudnych dla nas czasów komunistycznych. W jakichkolwiek dyskusji o komunizmie trzeba bowiem pamiętać, iż obywatele Polski Ludowej – podobnie jak i obywatele Trzeciej RP – nie dzielili się wcale na grupę jednoznacznie złą i grupę jednoznacznie dobrą. Smarzowski bardzo słusznie nam o tym przypomina.
Ważkim problemem w twórczości filmowej Smarzowskiego jest różnie rozumiana kobiecość. Także i w „Domu złym” problem ten został poruszony, w bardzo ciekawy zresztą sposób. Kwintesencją kobiecości w „Domu złym” jest Dziabasowa, mistrzowsko zagrana przez Kingę Preis, która na ekranie jest z jednej strony uwikłaną w porządek patriarchalnej rzeczywistości polskiej wsi końca dwudziestego wieku „żoną swojego męża”, kobietą całkowicie bezpodmiotową, bez swojej własności, zdaną na łaskę i niełaskę swojego „pana”, któremu sprząta, pierze, gotuje i pomaga w gospodarstwie, a w zamian za to nierzadko „dostaje po mordzie, jeżeli zasłuży” i jest wyganiana z domu, bo przecież „to wszystko nie jej”. Z drugiej zaś strony jest ona jednocześnie uosobieniem siły fatalnej, jest feminą na miarę Lady Makbet, która tak naprawdę kieruje całym przebiegiem akcji. Niejasne aluzje wskazują na to, iż nawet pomysł zabójstwa Środonia i zagarnięcia jego pieniędzy wywodzi się właśnie od niej.
Podobieństwo do Lady Makbet nasuwa się zwłaszcza bardzo wyraźnie tuż po dokonaniu mordu na synu – to właśnie ona, nie jest feudalny „pan i władca”, układa dalszy plan działania, to ona zachowuje zimą krew i wie, co robić. Smarzowski pokazuje w Dziabasowej tak zwany „geniusz kobiecy”, pokazuje kobiecą siłę i mądrość, która jest tylko ukryta pod płaszczykiem nic niewiedzącej i niemającej na nic wpływu kury domowej. Uwikłana w patriarchalną rzeczywistość jest także Lisowska, którą mąż bije, nie zwracając uwagi ani na prawo nietykalności jednostki ludzkiej (a trzeba przecież pamiętać, że jest on stróżem prawa), ani na zaawansowaną ciążę kobiety. Oczywiście Lisowska nie protestuje, być może czuje się winna, zdradziła w końcu męża.
Dziabasowa i Lisowska różnią się od siebie pod wieloma względami: żyją w różnych środowiskach, są inaczej wykształcone, ale łączy je niewątpliwie uwikłanie w patriarchalny system rodziny oraz zdradzenie męża. Pod tym względem zapewne różni się od nich Środoniowa – Środoń wspomina bowiem swoje małżeństwo jako udane. Jednak i sytuacja małżeńska Środoniowej różni się znacznie – główny bohater prawdopodobnie nie bił żony, choć oczywiście nie można nie zauważyć jego patriarchalnego podejścia do związku. Smarzowski, pokazując te trzy kobiety, stawia bardzo ważne pytanie w „Domu złym”. Pyta bowiem o naturalne prawa ludzkie kobiety, pokazując jednocześnie jej ograniczone możliwości egzekwowania swoich praw w polskiej rzeczywistości dwudziestego wieku, jej uzależnienie życiowe od mężczyzny, pokazuje pomyłkę patriarchalnego systemu, jego zło, które odbija piętno zarówno na kobiecie, jak i na mężczyźnie oraz naturalne nieprzystosowanie kobiet do życia w takim systemie – „geniusz kobiecy” bowiem zawsze znajdzie drogę do jednostkowej wolności, na nic nie zdadzą się uciski.
Myślę, że obraz kobiety kreowany przez Wojciecha Smarzowskiego powinien być przestrogą dla mężczyzn hołdującym patriarchalnym porządkom. Kobieta bowiem, która nie chce się poddać środowiskowym naciskom, nigdy się im nie podda, nawet jeśli stworzy pozory uległości. Reżyser, poruszając problem kobiecości, jednocześnie demaskuje obłudę Polaków, którzy żyją razem, raniąc się wzajemnie, tylko dlatego, że kiedyś wzięli ślub – problem ten rozpatrywany jest głównie na przykładzie małżeństwa Lisowskich. Widać, że oboje męczą się w tym związku, jednak, nie wiadomo dlaczego, żadne z nich nie wykazuje najmniejszych chęci do jego przerwania. „Dom zły” więc to próba charakterystyki mentalności Polaków, czasów komunizmu, szkic do studium o naturze ludzkiej, o naturze kobieciej, a także próba odpowiedzi na pytanie, czy możliwe było przeżycie czasów komunistycznych bez (nad)używania alkoholu.
Odpowiedź Smarzowskiego jest jednoznaczna – były to czasy tak surrealistyczne, że na trzeźwo nie można było ich w żaden sposób pojąć. Dlatego w filmie wódka leje się strumieniami, co zresztą jest nierzadko źródłem komizmu słownego i sytuacyjnego, który ożywia akcję i sprawia, że film, mimo iż utrzymany w tonacji serio, nie jest zbyt mroczny i ogląda się go naprawdę przyjemnie. To, co najbardziej cenię w dziełach sztuki, to ich erudycyjność i umiejętność wywołania u odbiorcy refleksji. Muszę przyznać, że „Dom zły” jest pod tym względem bardzo udanym dziełem. Jest to film poruszający, dający wiele do myślenia, jeszcze długimi tygodniami po obejrzeniu można się nad nim zastanawiać i odkrywać wciąż nowe sensy w fabule –bez wątpienia więc można go nazwać prawdziwą pożywką intelektualną. Co również ważne, przy zastosowaniu prostych środków wyrazu jest to film bardzo erudycyjny, odwołujący się do wielu tekstów kultury – sam obraz wsi jest przecież skonstruowany na kontrze do „wsi spokojnej, wsi wesołej” Jana Kochanowskiego – wpisujący się w aktualne dyskursy kulturowe oraz historyczne. Przy całej jednak swojej atrakcyjności intelektualnej „Dom zły” to także dobra propozycja dla osób szukających w kinie głównie rozrywki, a to dzięki prosto poprowadzonemu wątkowi kryminalnemu. Polecam więc wszystkim.
Weronika Gołębiowska (grudzień 2009)
Plakat został pobrany ze strony: http://www.stopklatka.pl.
„Opowieść wigilijna” Roberta Zemeckisa
„Opowieść wigilijna” Karola Dickensa doczekała się już wielu ekranizacji filmowych oraz realizacji teatralnych, a nawet muzycznych. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej inspirujących powieści bożonarodzeniowych w historii literatury. Obok dosłownych realizacji powstało także wiele dzieł luźno związanych z literackim pierwowzorem, opartych na jego głównych motywach, często uwspółcześniających treść, przepisujących sensy dzieła na realia kulturowe współczesności. Sukces „Opowieści wigilijnej”, trwający nieprzerwanie od 1843 roku (data pierwszego wydania powieści), gwarantuje chyba przede wszystkim niepowtarzalny klimat świąteczny, wspaniale naszkicowany przez Dickensa, a bliski praktycznie każdemu odbiorcy, zwłaszcza w okresie okołobożonarodzeniowym.
Ekranizacja „Opowieści wigilijnej” w reżyserii Roberta Zemeckisa jest wyjątkowa pod wieloma względami. Przede wszystkim, jest to pierwsza ekranizacja tegoż dzieła zrealizowana w nowoczesnej trójwymiarowej technologii filmowej – „motion capture”, polegającej na przetworzeniu mimiki aktorów do animacji. Pomysł zaprezentowania XIX-wiecznego dzieła w trójwymiarowej technologii filmowej okazał się być bardzo udany. „Opowieść wigilijna” bowiem to dzieło niezwykle żywe, operujące bardzo malowniczymi obrazami podróży głównego bohatera w czasie i przestrzeni w asyście kolejno przybywających doń zjaw. Podróże te doskonale przedstawia kino trójwymiarowe. Dzięki optycznemu złudzeniu, widz ma wrażenie, że podróżuje razem ze Scrooge’em w czasie i przestrzeni. Od zawrotnego tempa, jakie te podróże przybierają, miejscami nawet dosłownie widzowi kręci się w głowie, co jest oczywiście dodatkową dlań atrakcją.

Ekranizacja Zemeckisa jest także wyjątkowa ze względu na bardzo wierne trzymanie się oryginału literackiego Dickensa. Zemeckis zrywa z obecnie modnym nurtem posttekstowym, nakazującym uwspółcześnianie klasycznych dzieł literackich, ukazywanie ich w aktualnym kontekście czasowym i kulturowym. Bardzo mocno wiąże się z tekstem, nie zmienia języka Dickensa, nie zmienia realiów historycznych, nie stępia nawet – tak bardzo niemodnego w dzisiejszych czasach, a tak bardzo mocnego w powieści Dickensa – XIX-wiecznego ostrza dydaktyzmu. Jest to z pewnością jedna z najbardziej klasycznych ekranizacji „Opowieści wigilijnej” i chociażby dlatego – ale nie tylko – warta jest obejrzenia.
Postać głównego bohatera została bardzo dobrze wykreowana przez Jima Carrey’a. Aktor perfekcyjnie poradził sobie z rolą Ebenezera Scrooge’a, którego grał w każdym wieku, w którym postać ta pojawia się w dziele Dickensa. Sama animacja Scrooge’a została również bardzo dobrze zrobiona – bohater wygląda tak, jakby wszystkie cechy jego charakteru uwidoczniły się na zewnątrz jego postaci, co jest zgodne zarówno z zamysłem Dickensa, jak i w ogóle z zamysłem XIX-wiecznego realizmu oraz z konwencją klasycznej figury kalokagatii, która jest charakterystyczna dla dzieł o zacięciu moralizatorskim.
Bardzo ciekawie zostały zaprezentowane także postaci zjaw. Duch Jacoba Marleya w zamyśle autorskim miał być odrażający i przerażający. Taka też zjawa pojawiła się w filmie Zemeckisa, u którego Marley przybrał postać rozkładających się zwłok, wleczących za sobą całe metry grubych i ciężkich łańcuchów uplecionych z tego wszystkiego, o co Marley martwił się za życia, a więc z ksiąg rachunkowych i skrzyń z dobytkiem materialnym. Duch nie tylko strasznie wygląda, ale też – zgodnie z zamysłem autora – przeraźliwie krzyczy. Myślę, że Marley Zemeckisa przestraszył nie tylko Scrooge’a, ale także i nie jednego widza, a przecież o to właśnie chodziło Dickensowi. Widać w realizacji tej postaci doskonałe zrozumienie między autorem XIX-wiecznym i XXI-wiecznym reżyserem.
Niezwykle malowniczo natomiast zostały przedstawione inne zjawy męczące się ze swoim łańcuchem grzechów żywota, które pojawiają się na ekranie zaraz po wizycie Marleya. Obraz białych zjaw, szybujących po gwieździstym nocnym niebie, nastroił mnie prawdziwie świątecznie. Jest to niestety dowód na nieudolność tejże sceny, która w zamierzeniu miała przecież spotęgować strach zasiany uprzednio przez zjawę byłego wspólnika Scrooge’a. No niestety, scena ta na pewno nie spełniła tego zadania – duchy są w niej o wiele mniej przerażające niż duch Marleya, pomimo iż jest ich więcej. Nie można jej jednak na pewno odmówić walorów estetycznych, które bezdyskusyjnie ona posiada. Na szczególną uwagę zasługują Duchy kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. W sposobie ich przedstawienia widać wyraźny i dobrze zrealizowany zamysł reżyserski. Duch Wigilijnej Przeszłości wyobrażony został jako płomień ognia, roztaczający dookoła siebie światło. W sposób oczywisty nasuwają się tu skojarzenia z mądrością, którą mają nieść za sobą doświadczenia minionych lat. Sam sposób mówienia tegoż Ducha został wystylizowany w konwencji moralizatorskiej. Postać mówi tonem spokojnym, lecz zdecydowanym i pewnym siebie, niestety trochę nazbyt syczącym, co mnie osobiście nie przypadło do gustu, aczkolwiek rozumiem, że jest to nawiązanie do specyfiki syczącego ognia.
Duch Tegorocznego Bożego Narodzenia to dorodny mężczyzna w sile wieku, wystylizowany w konwencji bakchusowskiej, niezwykle wesoły, co ma oczywiście symbolizować radość płynącą ze Świąt Bożego Narodzenia. Wyobrażenie tegoż Ducha najbliższe jest opisowi Dickensowskiemu. Duch Przyszłych Świąt Bożego Narodzenia to niema zjawa, w zasadzie tylko cień – nie mogło być zresztą inaczej, w końcu to duch przyszłości, a więc zjawa, która dopiero się stanie, na razie może funkcjonować tylko i wyłącznie jako niemy cień. Jest to najbardziej przerażający (nie licząc Marleya) duch, jaki pojawia się w filmie. Jego postać została wystylizowana w konwencji właściwej dla ukazywania obrazu śmierci – długi płaszcz zakrywający całą substancję, niewidoczna twarz.
Taki obraz bardzo dobrze koresponduje z rzeczywistością, jaką trzeci duch ma pokazać Scrooge’owi. Niestety, przy dobrej realizacji wyglądu duchów, niekorzystnie jednak zostały skrócone wędrówki z nimi, które pokazane są w filmie dość pobieżnie. Zemeckis omija wiele miejsc, które odwiedza Dickensowski Scrooge. Jest to zresztą zabieg częściowo zrozumiały ze względu na ograniczoność czasową dzieła filmowego, jednak w stosunku do literackiego oryginału, film wypada pod tym względem niekorzystnie. Niepokoi głównie pominięcie tak ważnej w powieści sceny, jak wizyta z Duchem Minionych Świąt Bożego Narodzenia w domu rodziny byłej narzeczonej Scrooge’a. Po tej to właśnie wizycie Dickensowski bohater zaczął żałować swoich dawnych wyborów życiowych, odczuł prawdziwy brak rodziny, popadł w psychiczny dołek, postanowił też iść za drugim duchem bez sprzeciwu, aby nie być już świadkiem tak raniących scen. Pominięcie tej istotnej sceny skutkuje nieco innym niż u Dickensa rozłożeniem akcentów moralizatorskich w filmie.
Zemeckis bowiem główny nacisk położył na strach Scrooge’a przed karą samotnej śmierci, zapomnienia i nie pozostawienia po sobie żadnego dobrego wspomnienia wśród żywych. To właśnie ten strach reżyser przedstawił jako główny powód przemiany bohatera. Tymczasem w powieści Dickensa bohater odczuwa skruchę już po odwiedzinach dwóch pierwszych duchów i już wtedy postanawia odmienić swoje życie. U Zemeckisa granica tego mocnego postanowienia poprawy została więc dość znacznie przesunięta. Widać to zwłaszcza w scenie, kiedy Scrooge będąc świadkiem sprzedaży rzeczy po sobie, mówi do swojej służącej: „Zwalniam panią!”. Słowa takie nie mogłyby paść z ust Dickensowskiego Scrooge’a, który podczas podróży z trzecim duchem jest już mocno przekonany o swojej winie. Jest to chyba niepotrzebne wypaczenie woli autora. Oczywiście i reżyserowi trzeba przyznać prawo do kreacji swojego dzieła podług jego własnej wizji interpretacyjnej oryginału literackiego. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę fakt, że film Zemeckisa miał być ekranizacją, a nie luźną adaptacją, to trzeba przyznać, że inne rozłożenie akcentów jest zabiegiem niepotrzebnie wypaczającym fabułę.
Kompletnie nie rozumiem także, dlaczego w wizji przyszłych Świąt Bożego Narodzenia została zmniejszona ilość osób sprzedających w kantorze rzeczy po zmarłym Scrooge’u. W literackim oryginale były to trzy osoby, podczas gdy u Zemeckisa ostała się z nich jedynie służąca głównego bohatera. Nie wiem, czemu miała służyć ta minimalizacja bohaterów. Być może jest to związane z chęcią uproszczenia fabuły, czynionego z myślą o najmłodszych widzach. Jednak trzeba zauważyć, że przecież nie jest to film adresowany do najmłodszych. Mimo iż animowany, to jednak pełen wizji okropnych zjaw, do widoku których być może były przyzwyczajone dzieci XIX-wieczne, kiedy to każda bajka naszpikowana była mrocznym i nierzadko makabrycznym moralizatorstwem, operującym figurą ducha, lecz na pewno nie są przyzwyczajone do takich wizji dzieci XXI wieku, których kontakt z duchami w sztuce ogranicza się tylko do tych dobrych duszków.
Częstym zarzutem stawianym „Opowieści wigilijnej” Zemeckisa jest właśnie zarzut okrucieństwa, jakim emanuje film. Trzeba jednak pamiętać, że „Opowieść wigilijna” Dickensa, to – wbrew obiegowej opinii – nie bajeczka dla grzecznych dzieci, ale swego rodzaju przypowieść, która może być interpretowana na różnych poziomach. Są w niej przecież aluzje do religii, filozofii polityki, które dla najmłodszego czytelnika nie mogłyby być zrozumiałe i też nie były na pewno doń adresowane. Dlatego zarzut okrucieństwa stawiany filmowi jest moim zadaniem niesłuszny. Jeśli film miał być ekranizacją powieści Dickensa, to musi zawierać też takie mało estetyczne sceny jak rozkładające się ciała i przerażające duchy. Zaskoczyło mnie natomiast zakończenie filmu.
Narracja trochę sztucznie została włożona w przedostatniej sekwencji w usta Cratchita. Sztucznie, ponieważ wcześniej w filmie Cratchit nie pełnił żadnej funkcji narracyjnej. Myślę, że z korzyścią dla filmu byłoby, gdyby rolę narratora przejęła postać autora na wzór Mickiewicza w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy. Były ku temu zresztą świetne warunki, ponieważ film zaczyna się i kończy obrazem „Opowieści wigilijnej”, leżącej na stole w eleganckim angielskim pokoju. Wprowadzenie do tegoż pokoju postaci autora, który czyta swoją powieść, wydaje się więc zabiegiem dość prostym. Dość prostym, jednak niedokonanym przez reżysera, a szkoda.
Mimo kilku niedociągnięć, których zresztą dzieło „wtórne” nie może się ustrzec – zawsze będzie w jakiś sposób inne i gorsze od oryginału, najnowsza ekranizacja „Opowieści wigilijnej” prezentuje się naprawdę dobrze i warto się na nią wybrać do kina. Reżyser praktycznie cały czas wiernie trzyma się teksu Dickensa, oprócz kilku momentów opisanych powyżej, nie próbuje go przepisywać, uwspółcześniać i to chyba jest właśnie największym sukcesem filmu. Trzeba bowiem przyznać, że brakuje nam ostatnio – zarówno w filmie, jak i w teatrze – klasycznych realizacji dzieł literackich, opierających się całkowicie na autorskim oryginale. Dlatego polecam „Opowieść wigilijną” Zemeckisa. Ale nie tylko dlatego. Jest to film tak bardzo świąteczny, że myślę, iż w tym przedświątecznym czasie warto go obejrzeć, aby po prostu nastroić się świątecznie. Polecam wszystkim, choć niekoniecznie tym najmłodszym, dla nich na pewno lepszą propozycją filmu świątecznego będzie bajka „Renifer Niko ratuje święta”. Nie chcą jednak kończyć recenzji „Opowieści wigilijnej” reklamą innego filmu, zakończę ją nieśmiertelnymi słowami małego Tima: „Niech Bóg błogosławi nas wszystkich!” (tłum. G.A. Lewis).
Weronika Gołębiowska (grudzień 2009)
Plakat pochodzi ze strony: www.stopklatka.pl.
„Rewers”
„Anty-Popiół i diament”. Tymi słowami niegdyś został określony przez krytykę dramat Sławomira Mrożka – „Pieszo”. Dziś nie znajduję lepszych słów na hasłowe określenie „Rewersu” Borysa Lankosza. Te trzy dzieła nierozerwalnie są bowiem związane ze sobą problemem społecznym, który poruszają, problemem bardzo ważnym dla rzeczywistości polskiej lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Mowa oczywiście o problemie stosunku Polaków niepartyjnych do komunizmu oraz stosunku komunistów do Polaków bezpartyjnych.
Dzieło Borysa Lankosza wyróżnia się szczególnie na tle wymienionych dzieł, ponieważ przedstawia sytuację z dwóch perspektyw czasowych – zarówno z perspektywy lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to obydwie grupy społeczne prowadziły ze sobą walkę według zasady „oko za oko, ząb za ząb”, nie było możliwości porozumienia, jak i z perspektywy dzisiejszej, kiedy to jest właśnie czas na porozumienie i wzajemne przebaczenie. Ponadto Lankosz wprowadza jeszcze jeden rodzaj komplikacji w relacje komunistów z reakcjonistami, a mianowicie wątek miłość Sabiny do Bronisława.

Film porusza także wątek zniewolenia jednostki ludzkiej w systemie totalitarnym, gdzie dochodzi do takich absurdów jak konieczność ukrywania złotej monety w sobie, ponieważ jest to (niestety, jak się okazało, tylko pozornie) jedyny sposób na jej zachowanie i uchronienie się przed karą ze strony władzy. W nieco oczywisty jak dla mnie sposób został poruszony wątek zniewolenia sztuki i artysty w komunizmie. Jednak biorąc pod uwagę fakt, iż coraz bardziej zatracamy świadomość tamtego okresu, a kolejne pokolenia coraz mniej wiedzą o jego realiach, jest to dla mnie zrozumiałe i nawet konieczne – film w ten sposób zyskał wartość historyczną i dydaktyczną dla młodzieży.
W sposób niezwykle ciekawy, aczkolwiek też nieco tendencyjny, został ukazany stosunek do komunizmu trzech różnych pokoleń. Oto bowiem mamy babcię Sabiny, która cały czas mentalnie pozostaje wolna, sprzeciwia się zakazom i nakazom systemu – nie chce oddać złotej monety do skupu, jest silna, dzielna, ma mocny charakter, nie daje się zastraszyć, wyraźnie widzi wyzysk, jaki komunistyczna władza stosuje względem swoich obywateli i nie boi się o tym mówić, wręcz brzydzi zamiennikami, jakie komunizm zaoferował w zamian za dawne dobra – z niesmakiem wypowiada się o mieszkaniu w bloku, w jakim przyszło jej spędzić ostatnie lata swojego życia, dzieli ludzi na „normalnych” i „tych nowych”.
Zupełnie inna jest matka Sabiny, która jest zafascynowana nowym ustrojem, tylko afirmatywnie wyraża się o rządzie i jego zarządzeniach, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości, chce podporządkować się wszystkim zakazom i nakazom władzy, której jest wdzięczna za przydzielone mieszkanie w bloku, uważa, że jest jej dobrze i nie może narzekać. Być może nawet myśli inaczej (daje to do zrozumienia pozawerbalnie), jednak ta myśl jest ukryta tak głęboko, że nigdy nie wychodzi na wierzch i nie zamienia się w opozycję względem władzy, nawet w opozycję mentalną.
Sabina natomiast jest ofiarą systemu. Jest zastraszona, co widać wyraźnie po jej niepewnym zachowaniu i wszechobecnym strachu - głównie na początku filmu. Mimo to jednak Sabina to przecież przeciwniczka systemu, która odziedziczyła silny charakter po swojej babci, co najpełniej ukazuje, kiedy to nie chcąc dać się zaprzedać komunizmowi jako donosiciel, wybiera zabójstwo ukochanego mężczyzny, pokazując w ten sposób wewnętrzną wolność oraz brak zgody na istniejący porządek polityczny i zniewolenie jednostki w tym systemie.
Tak jednostronna charakterystyka przedstawicielek trzech pokoleń, czyni z nich postaci nieco papierowe, pozbawione głębszej charakterystyki psychologicznej – oczywiście poza postacią Sabiny, która przechodzi bardzo ciekawą ewolucję osobowościową. Z zahukanej dziewczynki, która nie ma swojego zdania i jest zawsze posłuszna względem swoich przełożonych, zmienia się w kobietę hardą, zdecydowaną, pewną siebie, w kobietę, która niczego nie żałuje.
Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że „Rewers” to nie tylko film o komunizmie, ale także o dojrzewaniu, o wchodzeniu dziewczynki w świat dorosłych, o rodzeniu się uczucia, niezwykle silnego uczucia, aczkolwiek niemożliwego do zrealizowania. Narracja filmu jest więc wielowątkowa, co zdecydowania urozmaica fabułę i czyni film ciekawszym, tworząc różnorodne formy napięć pomiędzy poszczególnymi wątkami.
„Rewers” zachwyca także pod względem technicznym. Sceny retrospektywne są stylizowane na możliwości kinowe połowy XX wieku. Sprawia to oczywiście wrażenie autentyczności, autentyczności niezwykle dobrze udawanej, która nie narzuca się odbiorcy, ale dobrze wprowadza go w realia ówczesnej rzeczywistości. Oczywiście zabieg ten ma również wydźwięk dydaktyczny względem pokoleń najmłodszych, którym przekazy filmowe doby komunizmu są obce.
Warto tu także wspomnieć, iż w filmie wykorzystano autentyczne nagrania z pochodu pierwszomajowego, co jeszcze bardziej uprawdopodabnia fabułę. Pomimo iż jest to film poruszający bardzo trudny i dramatyczny motyw, nie brakuje w nim humoru. Jest tu pełno komizmu słownego i sytuacyjnego, związanego zwłaszcza z osobą matki Sabiny, w rolę której z właściwym sobie artyzmem i mistrzostwem wcieliła się Krystyna Janda. Wspaniały warsztat aktorski zaprezentowała także Agata Buzek, która zagrała podwójną rolę – Sabinę-młodą z lat pięćdziesiątych oraz Sabinę-staruszkę ze współczesności. Zarówno jedna, jak i druga kreacja jest niezwykle udana, a trzeba przyznać, że rola Sabiny wcale nie była łatwa, zwłaszcza rola Sabiny-młodej, która przechodzi przecież swoistą metamorfozę na ekranie – z zastraszonej dziewczynki zmienia się w kobietę bezwzględną i silną, zmiana ta została bardzo dobrze zaprezentowana przez Agatę Buzek. Widać, że aktorka niezwykle poważnie podeszła do swojej roli, w sposób doskonały wręcz potrafiła się w nią wczuć i zagrała „całą sobą”.
Na brawa zasługuje także Marcin Dorociński, ale tylko za rolę Bronisława, którą odegrał naprawdę wspaniale, kreując bohatera niezwykle „męskiego”, pozbawionego skrupułów. Jest to bohater z jednej strony bardzo prosty – sam charakteryzuje się jako prosty chłopak ze wsi, ale z drugiej strony także skomplikowany – potrafi grać uczucie, potrafi być szarmancki. Dorociński sobie świetnie z tym bohaterem poradził. Jest to pierwsza rola tego aktora, w której dostrzegłam jego potencjał artystyczny, który – jak widać – marnował się dotychczas w pudrowanych komediach romantycznych, a szkoda! Z korzyścią dla polskiej kinematografii, jak i dla samego aktora, byłoby, aby jego potencjał został zauważony i w odpowiedni sposób wykorzystany. Niestety, po tak świetnej roli, jeszcze w tym samym filmie, Marcin Dorociński wraca znowuż w konwencjonalnej roli rodem z karmelkowych komedii – mowa oczywiście o roli syna Sabiny. Osadzenie w tej roli akurat Dorocińskiego, bez żadnej charakteryzacji, zmiany było moim zdaniem jedną z gorszych decyzji Lankosza. Podobieństwo między ojcem i synem jest wyraźnie przesadzone – jeden jest kopią drugiego, co przecież kłóci się z wszelkimi prawidłami genetyki, za to trąci konwencją brazylijskiej telenoweli. Oczekiwałabym chociażby minimum pracy charakteryzatorskiej, dokonania jakichś zmian w wyglądzie aktora, aby, zachowując podobieństwo do ojca, syn jednak różnił się od niego nie tylko charakterologicznie, ale także fizycznie.
Mimo drobnych niedociągnięć i flirtu z tendencyjnością, przed którą chyba jednak nie można było się ustrzec w filmie, który ma ambicję rozliczenia historii, „Rewers” oceniam bardzo pozytywnie. Jest to jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat. Porusza ciekawy problem, przedstawia go nowatorsko i w dodatku jeszcze epatuje humorem. Bardzo udany debiut Borysa Lankosza, który za swoją pracę został zresztą uhonorowany Złotymi Lwami na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Agata Buzek za rolę Sabiny została uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, natomiast Marcin Dorociński za rolę Bronisława – nagrodą dla najlepszego aktora drugoplanowego. I słusznie. Zdecydowanie polecam film!
Weronika Gołębiowska (listopad 2009)
Plakat pochodzi ze strony: www.stopklatka.pl
Siódmy krąg ...
Wciąż mrozi mi krew w żyłach wspomnienie filmu „Siódmy krąg” prezentowanego podczas All About Freedom Festival. To węgierska produkcja, w reżyserii Arpada Sopsitsa. „Siódmy krąg” to trzecia część trylogii tego reżysera. Tytuł, w sposób oczywisty odwołuje się do Boskiej Komedii Dantego. Ten krąg piekła przeznaczony jest dla morderców i samobójców. I co gorsza: tytuł jest adekwatny do treści filmu.

Wkraczamy w świat nastolatków. Rodzeństwo, grupka przyjaciół, pierwsze miłości. Pewnego dnia, niewiadomo skąd przychodzi Sebastian – rudy, kulejący chłopiec. Od razu zyskuje szacunek dzieciaków pokazując im swą zręczność w rzucie nożem. Z czasem gromadzi ich wokół siebie, jak Chrystus swoich uczniów. Opowiada im historie, jak Chrystus przypowieści, zmusza do rozmyślań o śmierci. Podczas zabaw często wręcz z nią igra, każąc kolegom wejść do plastikowego worka i jak najdłużej wytrzymać bez powietrza. Swymi sztuczkami, jak wskrzeszenie gołębia oraz opowiadaniami o mocy i niemocy człowieka względem Boga wprowadził chaos w młodych umysłach sercach. Ziarno padło na podatny grunt. Wszak słuchaczami byli bardzo młodzi ludzie, ludzie w okresie dojrzewania. Samotni. Zagubieni. Często zaniedbani przez rodziców. Mimo duchowej opieki księdza Gabora wciąż mają sporo wątpliwości.
Jak będzie wyglądało życie po śmierci? Czy w ogóle coś jest po drugiej stronie. Sebastian skutecznie dowodził braku Boga i głosił pogardę dla życia. Sławił odwagę. Nie jako cnotę męstwa, ale odwagę do odebrania życia innym, a nawet sobie samemu. Dwóch chłopców najbardziej uległych wpływom nowej filozofii powiesiło się… W festiwalowym folderze piszą, że samobójstwo dwóch młodych Węgrów jest wydarzeniem autentycznym.
Gdzie tu jest wolność? Wolność wyboru między życiem a śmiercią. Wolność, którą posiada tylko Bóg, a człowiek stara się ją sobie przywłaszczyć. Wolność od moralności, zasad, szacunku. Wolność, która czyni człowieka podobnego do szatana.
Sebastian: z greckiego – czcigodny, dostojny, wysoko postawiony, mądry. Kulejący – tak w wyobrażeniach europejskich wyglądał diabeł, mówi, że potrafi niszczyć, a nie potrafi stworzyć żywej istoty – wszak tej mocy stwórczej zazdrościł Bogu. Czy Sebastian to Antychryst? Zapewne tak. Sceny zabaw z szatańskim chłopcem wizualnie przypominały sceny z kuszenia Chrystusa. Skały, ostre, niebezpieczne zbocza. Dzięki takiej scenografii zdjęcia były przepiękne. Dodatkowo ubarwione zostały przez liryczną i pełną napięcia muzykę. Niestety nie odnalazłam nigdzie nazwiska kompozytora, ale jest to geniusz na miarę Michała Lorenca.
„Siódmy krąg” to obraz pełen symboli. Jeśli miałabym je wszystkie analizować powstałby zapewne doktorat. Napiszę tylko tyle: polecam, ale tylko widzom o mocnych nerwach!
Marta Pawlak (listopad 2009)
"Grobowiec Świetlików" Isao Takahata
Od marca 1945 roku wojska amerykańskie prowadziły naloty bombami zapalającymi na Japonię z niskiej wysokości. Ich siła niszcząca okazała się olbrzymia. Głównym celem, jaki chciano osiągnąć, było zniwelowanie możliwości produkcyjnych japońskiego przemysłu zbrojeniowego. Dodatkowo prowadzono zrzuty min na wyspy ciągle zajmowane przez armię japońską. Za pomocą łodzi podwodnych zniszczono prawie doszczętnie japońską marynarkę wojenną. Wszystko to miało na celu osłabienie Japonii przed planowaną inwazją.
Potem było już tylko gorzej - Amerykanie zajęli wyspę Iwo Jima, a następnie Okinawe. 16 czerwca zrzucono bombę atomową na Nagasaki, 6 sierpnia zaś na Hiroszimę i 9 sierpnia - jeszcze jedną na Nagasaki. W końcu Japonia się poddała i 2 września 1945 roku podpisano kapitulację.
Wydarzenia te są mniej więcej znane wszystkim na świecie. Tragedia (choć to i tak za małe słowo, jak na to, co się wtedy wydarzyło), jaka spotkała Japończyków, powinna zostać w naszych sercach na zawsze i być nauczką, jak bezsensowna i okrutna jest wojna. Isao Takahata pokazuje nam to w swoim filmie pt. "Grobowiec świetlików" (jap. "Hotaru no haka"). Mimo że jest to dość stare już dzieło japońskiej anime (a przy okazji jedno z najważniejszych w historii japońskiego kina), bo z 1988 roku, uznałam, że naprawdę warto o nim napisać. Manga i anime są teraz bardzo popularne, szczególnie wśród młodzieży, ale mnie jakoś wcześniej nie urzekało - do czasu obejrzenia "Grobowca świetlików". W przeciwieństwie do większości tego typu japońskich filmów animowanych, ten podejmuje temat bardzo ważny, nie tylko dla historii Japonii, ale też dla całego świata.

Akcja dzieje się w wakacje 1945 roku, w dniach opisanych przeze mnie wyżej. Na peronie leżą umierające z głodu, chore, bezdomne dzieci, a wśród nich Seita. Widzimy ostatnie chwile jego życia. Gdy chłopiec ostatecznie poddaję się śmierci, strażnik peronu wyciąga z jego kieszeni metalowe pudełko po cukierkach, następnie wyrzuca na dwór, bo wydaje mu się być ono kompletnie bezużyteczne. Pudełko uderza o ziemię. Otwiera się. Ze środka wypadają kawałki maleńkiej ludzkiej kości...
Cofamy się kilka tygodni wstecz. Rozpoczyna się nalot Amerykanów. W piękny słoneczny dzień zostają zrzucone pierwsze bomby zapalające... Chłopiec i dziewczynka rozdzielają się ze swoją mamą, która ma schować się w schronie i tam na nich czekać. Gdy rodzeństwo dociera na miejsce, okazuje się, że ich mama doznała śmiertelnie poważnych oparzeń na całym ciele. Seita ukrywa ten fakt przed swoją siostrzyczką i po pogrzebie matki (zbiorowym, razem z setkami innych zabitych podczas nalotu) razem wyruszają do domu ciotki. Jest ona siostrą ojca Seity i Setsuko, ważnego oficera marynarki wojennej. Zachowuje się wobec nich oschle i nieczule, co powoduje, że rodzeństwo wyprowadza się od niej i zaczyna żyć na własną rękę w opuszczonym schronie nad jeziorem w okolicznym lesie.
Z początku dają sobie radę, żyją za oszczędności mamy. Potem chłopiec kradnie jedzenie z okolicznych farm. Jednak mała Setsuko zaczyna chorować. Brat zabiera ją do lekarza, ale nie uzyskuje żadnej pomocy. Z dnia na dzień jest im coraz ciężej. Seita wszystko, co nadaje się do jedzenia oddaje siostrze. Niestety, mimo jego usilnych starań i wielkiego poświęcenia własnego zdrowia, dziewczynka umiera.
Co dzieje się potem, można się domyślić. Seita organizuje pogrzeb siostrzyczce. Przez cały dzień czuwa nad nią, nie ruszając się ani na milimetr z miejsca jej pochówku. Gdy ostatnie płomienie dogasają, wygrzebuje z paleniska ocalałe fragmenty kości Setsuko, chowa je do puszki po cukierkach i odchodzi, by w końcu umrzeć w samotności.
Film został tak skonstruowany, że mimo pierwszej sceny śmierci chłopca, przez cały czas nie opuszcza nas nadzieja, "a może jednak chłopiec przeżyje..." Poza tym Isao Takahata dość okrutnie i konsekwentnie realizuje swoją historię, pokazuje ją z tej najmniej sprawiedliwej strony - strony dzieci, bezlitośnie doświadczonych przez działania wojenne, pozostawionych samym sobie, bez grosza przy duszy. To właśnie one, mimo że niewinne, miały najgorzej, a nawet nie wiedziały do końca, co tak naprawdę się dzieje. Wojna sprawiła, że straciły rodziny, domy, wszystko to co kochały - jakby ktoś wymazał ich dotychczasowe życie, a w zamian dał ból, smutek, cierpienie, głód, brud i biedę. Tak naprawdę, bardzo ciężko jest o tym wszystkim mówić, jeśli się tego nie doświadczyło na własnej skórze. Można tylko się domyślać, co przeżyły wszystkie niewinne ofiary bezsensownej wojny. Co je tak naprawdę podtrzymywało przy życiu? Dziecięca naiwność i niewiedza o systemach rządzących tym światem? Wiara, że może nadejdzie lepsze jutro? Ojciec Seity i Setsuko był oficerem marynarki i od śmierci mamy dzieci miały nadzieję, że wróci i uratuje je. Niestety, wszystkie japońskie okręty wojenne zostały zniszczone, wtedy też gaśnie ostatni płomyk nadziei podtrzymujący dzieci przy i tak już nędznym życiu.
Historia ta opiera się na prawdziwych wydarzeniach opisanych w książce "Hotaru no haka" Akiyukiego Nosaka'y, który podczas wojny stracił swoją młodszą siostrę, zmarłą z niedożywienia, a Ernest Rister, badacz i historyk animacji, porównuje "Grobowiec świetlików" do słynnego filmu Stevena Spielberga "Lista Schindlera". Twierdzi, że jest to najbardziej ludzka animacja, jaką widział. Zgadzam się z jego opinią stuprocentowo. Ten film porusza każdą cząstke naszego serca i nie będę nawet ukrywała, że płakałam na tym filmie. Nie jest to jakiś wyciskacz łez, tylko bezlitosna prawda. I może dlatego tak boli...
Angelika Wicka (listopad 2009)
Głód wolności
Gdy szłam na film, mój narzeczony powiedział do mnie: tylko zapamiętaj jak najwięcej, żebyś mogła napisać dobry artykuł. Zaśmiałam się i obiecałam, że się postaram. Teraz jednak wiem, że chcę zapomnieć. Wszystko. Jak najszybciej.
„Głód” to jeden z filmów wyświetlanych podczas festiwalu All About Freedom. Tematem obrazu jest więzienie Maze, w którym przebywają żołnierze IRA. Poznajemy historię 5 różnych bohaterów. Pierwszy, który przedstawia nam się na ekranie, jest strażnikiem więziennym. Drugi to Gillen, który właśnie rozpoczyna odbywanie kary. Trzecim bohaterem jest jego współwięzień, który uczy nowoprzybyłego zasad więziennego życia. Czwarty to Bobby Sands, silnie zaangażowany więzień, który ma w sobie jeszcze niespożyte pokłady energii do wojny z „Brytolcami”. Piąty bohater, skomentowany gdzieś na marginesie, to policjant sprowadzony wraz z całą ekipą uzbrojonych w pałki kolegów, by pomóc przy „niepokornych” więźniach.

„Głód” to obraz zezwięrzęcenia człowieka. Zezwierzęcenia, którego dokonują na sobie sami więźniowie, by usłyszano ich głos sprzeciwu. Obraz obsmarowanych ekskrementami ścian celi, moczu na korytarzu, rozkładających się w kącie resztek jedzenia i pełzających wszędzie larw. Brutalny obraz brutalnej rzeczywistości.
Jak ten film wpisuje się w temat festiwalu? Tematem jest więzienie. Moim zdaniem, nie o wolności fizycznej zamkniętych tam ludzi opowiada ta historia. Irlandczycy nie protestują przeciwko skazaniu ich na pobyt w zakładzie penitencjarnym. Buntują się, bo odebrano im status więźniów politycznych. Kiedy uznano ich za zwykłych przestępców i morderców odebrano im ideę, dla której walczyli. Dla IRA to była wojna. I jak żołnierze chcieli być traktowani. Chodzi tu o wolność Irlandii Północnej.
Dlaczego „Głód”? Wobec braku perspektyw na poprawę sytuacji i przyznanie więźniom statusu politycznego Bobby Sands decyduje się ostateczny krok. Strajk głodowy. Do samego końca… Kamera pokazuje nam cały proces niszczenia ludzkiego ciała w wyniku niedożywienia. Wystające żebra, zapadnięte policzki, bolesne ropnie, zaschłe usta, absolutny brak siły. W ogromnych męczarniach umierał ten, w którego ślady poszło jeszcze kilku…
Film „Głód”, jak zauważył dr Sebastian Jakub Konefał podczas krótkiej prelekcji, to trudny film, nie ma ścieżki dźwiękowej, jest „czyste piękno”. Zgadzam się, że w tym projekcie muzyka przeszkadzałaby w prawdziwym odbiorze. Mimo głębokiego realizmu, zauważyłam na ekranie pewien przewijający się symbol. Lecące ptaki. Kto mógłby się poczuć bardziej wolny niż one, szybujące na niebie…? Dla umierającego Bobbiego symbolem jego wolności, która za chwilę ma się dokonać poprzez śmierć jest wspomnienie siebie samego z lat dzieciństwa, kiedy biegł przez las. Krótki, urywany oddech zmęczonego chłopca wtapia się w jedno z płytkim oddechem konającego. Bohater IRA oddał życie za wolność ojczyzny… niestety Irlandia Północna czeka dalej na swoją wolność…
Marta Pawlak (listopad 2009)
Czy można naprawić świat? [AAFF]
Czy dwóch facetów w garniturach, z komputerem mogą naprawić świat? Być może nie, ale warto próbować. „Yes meni naprawiają świat” to jeden z filmów pokazanych na festiwalu wolnościowym All About Freedom Festival organizowanym przez Europejskie Centrum Solidarności. Festiwal odbywa się po raz trzeci, w tym roku pod hasłem: (R)ewolucje wolności. Od 10 do 22 listopada będziemy zastanawiać się nad wolnością w różnych jej aspektach. Nad wolnością dobrą i tą, która powoduje krzywdę.

Film „Yes meni naprawiają świat” opowiada o wolności, która niszczy ludzkie życie. To wolność wolnego rynku. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej – miejsce akcji filmu – są znane ze swojego przywiązania do gospodarki wolnorynkowej. Ekonomiści twierdzą, że rynek zawsze sam najlepiej się ureguluje. Ale wtedy, gdy uwalniamy gospodarkę, zmniejszamy ingerencję państwa, a więc i jego opiekę. A wiadomo, że to nie wielkie korporacje potrzebują opieki socjalnej, ale „zwykli obywatele”, którym w obliczu klęsk żywiołowych nikt nie przychodzi z pomocą. Trzeba zwrócić uwagę na proste równanie, uzmysłowić sobie, że tam, gdzie rządzi pieniądz ofiarami są ludzie.
I to właśnie próbują nam pokazać Yes meni. Dwóch alterglobalistów wyszukuje przypadki, kiedy to wielkie koncerny przez niepohamowaną rządzę zysków spowodowały śmierć niewinnych osób. Podając się za przedstawicieli owych firm obiecują odszkodowania i naprawę wyrządzonych szkód. Choć szybko dochodzi do zdementowania wiadomości, a pokrzywdzeni, zdają sobie sprawę z tego, że również zostali oszukani, są wdzięczni za to kłamstwo, bo dzięki temu, że obiegło cały świat, ludzie znów przypominają sobie o katastrofie i ofiarach oraz zdają sobie sprawę, że przecież naprawa wyrządzonych krzywd jest możliwa.
Pomysły Yes menów są zaskakujące i zdecydowane. Na kongresie biznesmenów zajmujących się źródłami energii przedstawili swój projekt – świeczkę z człowieka pracującego przy odpadach radioaktywnych. Wzbudzili tym oczywiście oburzenie, ale chciałabym zobaczyć, czy temu oburzeniu towarzyszyła refleksja. Czy konsekwencją zjazdu było solidne postanowienie brania poprawki na „pierwiastek ludzki”? Efektów działań Yes menów niestety nie znamy.
Film jest zrealizowany w postaci dokumentu. Udokumentowane są chwile fałszywych wystąpień, przygotowań do nich, wizyty u poszkodowanych, aby dowiedzieć się jaka była ich reakcja, gdy kłamstwo wyszło na jaw. Są wywiady z „rekinami biznesu”, archiwalne fragmenty wypowiedzi Miltona Friedmana – guru ekonomii, autora książek: „Wolny wybór”, „Kapitalizm i wolność”.
Andy Bichlbaum, Mike Bonanno i Kurt Engfehr nie tylko jako bohaterzy filmu, ale także jako twórcy musieli stawić czoła światu. Wykorzystali bowiem wizerunki prawdziwych firm oraz prawdziwych osób, osób publicznych. Tylko kilka razy ujrzeliśmy zamazany ekran zamiast twarzy, znakomita większość została skrytykowana i ośmieszona we własnym imieniu.
Brawo panowie! Dodatkowo dowiedliście, że mamy również wolność słowa!
Marta Pawlak (listopad 2009)
Tideland – Kraina Traw
Kraina przypływów i odpływów. Kraina pomarańczowego nieba i słońca o barwie ultramaryna, gdzie rosną żółto - różowe drzewa na fioletowej łące, latają zielone krowy w czerwone łaty… Świat do góry nogami, czasem przekrzywiony (a może zakrzywiony?) tylko pod jakimś kątem, kiedy indziej wywrócony na lewą stronę, czy może jednak na prawą? Miejsce, w którym Wszystko może się zdarzyć. Tam, gdzie uciekamy przed codziennością, brutalną, szarą, zbyt kolorową, czy może zbyt łatwą. Odskocznia dla wielu – świat wyobraźni.
Terry Gilliam proponuje nam historię, można by powiedzieć, „Alicji w krainie kwasów”. Główna bohaterka, Jeliza - Rose (Jodelle Ferland, znana m.in. z roli w „Silent Hill”) jest córką dwóch narkomanów. Na co dzień przygotowuje heroinę dla taty (Jeff Bridges), gdy ten pragnie „pojechać na wakacje” albo słucha jego opowieści o Jutlandii, a mamie (Jennifer Tilly) rozmasowuje chore nogi w oparach dymu z jej nigdy nie gasnącego peta. Jej najlepszymi przyjaciółkami są głowy lalek Barbie – każda reprezentuje inny typ osobowości i jednocześnie odpowiada cechom Jelizy – Rose. Dziewczynka uwielbia uciekać do świata „Alicji w krainie czarów” Lewisa Carolla i czytać zaćpanemu tatusiowi o przygodach Alicji. Obydwoje marzą o wyprawie do legendarnej Jutlandii…

Gdy umiera jej mama, razem z tatą organizują jej pogrzeb wikingów i wyjeżdżają na prerie do domu nieżyjącej babci Jelizy – Rose. Tutaj dziewczynka odkrywa świat na nowo. Jej ojciec bezpowrotnie „wyjeżdża na wakacje”, ale mała nadal czeka na niego, do końca nieświadoma tego, co stało się z jej strauszkiem. Poznaję Dell (Janet McTeer) lub, jakby to powiedział tatuś, „człowieka z bagien” rodem z Jutlandii. Okazuję się bowiem, że na tym pustkowiu Jeliza – Rose ma sąsiadów. Dell i jej upośledzony umysłowo brat Dickens na początku negatywnie reagują na dziewczynkę, co z czasem się zmienia. Wychodzi na jaw, że Dell była zakochana w jej ojcu, a ona sama zaczyna darzyć uczuciem Dickensa. Razem starają się zapolować na Rekina – Potwora (pociąg pospieszny) i go zniszczyć. Czy im się to uda…?
W „Krainie Traw” możemy przenieść się do niezwykłego świata snów i urojeń małej Jelizy – Rose. Jednak to wszystko, ten cały świat fantazji, jest otoczką (bardzo solidnie zbudowaną przez bohaterów) przykrywającą na prawdę ciężkie doświadczenia z ich młodości. Dell nienawidziła pasji swego ojca – pasieki pszczół - i spaliła jego ule. Doprowadziło to do śmierci jej matki, a ona sama została oślepiona na jedno oko przez rozwścieczone owady i postradała częściowo rozum. Postanowiła bowiem zmumifikować matkę, a później tak samo zrobiła z ojcem Jelizy – Rose. Zupełnie, jakby chciała wierzyć, że osoby najbliższe jej sercu, kiedyś powstaną z martwych i będą mogli żyć razem długo i szczęśliwie.
Dickens choruje na epilepsje. Przeszedł operację, podczas której wycięli mu fragment mózgu. Okazuje się również, że łączyły go dość silne relacje z babcią Jelizy – Rose, ale chłopak sam nie był świadomy tego, co się tak naprawdę działo. Kiedy chce odseparować się od otaczającego go świata, przebiera się w kostium płetwonurka i wsiada na swoją łódź podwodną, a jego najważniejszym celem jest zniszczenie Rekina – Potwora. Jeliza – Rose jest ofiarą ruchu hippisowskiego lat 60 i 70 w Stanach Zjednoczonych. Wiecznie zaćpani rodzice zmusili ją do radzenia sobie wręcz zupełnie samej, co spowodowało, że mała zaczęła uciekać w swój świat wyobraźni.
Wszystkich bohaterów łączy ciągłe balansowanie na skraju rzeczywistości oraz ich bezbronność wobec cierpieniu i krzywdy, jakie wyrządziło im życie. Ale muszą sobie z nim radzić – i robią to oddając swoje dusze i umysły krainie fantazji. Ile razy nam samym zdarzało się odpływać do tego miejsca, żeby tylko zapomnieć, odpocząć czy po prostu przestać myśleć o problemach dręczących nas na co dzień? Terry William na swój oryginalny sposób pokazuje, jak cudownym ratunkiem może być ten świat. Świetna gra aktorska, zarówno doświadczonych aktorów, jak i młodziutkiej Jodelle Ferland oraz piękne krajobrazy i ogólne tło filmu porywają nas do niesamowitej krainy, może nawet bezpowrotnie…
Angelika Wicka (listopad 2009)
Ile waży koń trojański?
To tytuł filmu polskiego sprzed roku. Dlaczego chcę napisać o nim teraz? Myślę, że dobrze byłoby umieścić go w zestawieniu z filmem „Mniejsze zło”, o którym napisałam przed minutą. „Mniejsze zło” zakwalifikowałam autorsko jako projekt rozliczeniowy dotyczący epoki PRL. Jak to wygląda w przypadku „Ile waży koń trojański”? Reżyser Juliusz Machulski na pytanie postawione mu wprost przez redaktora Najsztuba na łamach gazety „Przekrój” z grudnia 2008: czy chciał, by widzowie śmiali się z PRLu czy wspominali sobie jak to było uciążliwie, odpowiedział, że zdecydowanie to drugie. Ta wypowiedź powinna być niepodważalna i decydująca, ale pamiętajmy o Ingardenie! Każde dzieło posiada miejsca niedookreślenia, które odbiorca zapełnia wedle własnego uznania i doświadczeń osobistych. Po doświadczeniu filmu „Mniejsze zło”, uważam, że „Ile waży koń trojański” to film-gadżet.

Historia jest całkiem prosta: kobieta w dniu swoich 40tych urodzin marzy o „odmłodzeniu”, a że to magiczny przełom wieków (noc sylwestrowa 1999/2000) wszystko jest możliwe. Przenosi się w czasie i znając przyszłość naprawia swoje błędy. I to jest oś fabularna filmu. Epoka, do której się przenosi to oczywiście lata 80te, czyli późny PRL. Przypomina sobie absurdy epoki, niedorzeczności, bezzasadne zakazy i utrudnienia. Nosi okropne ciuchy i przekazuje wszystkim „dobrą nowinę” o 4.czerwca 1989 roku!
Na początku wywiadu z Machulskim Najsztub mówi, że na jego ostatniej komedii prawie się poryczał, ale nie ze śmiechu. Reżyser odpowiada, że to nie jest komedia-komedia, ale komedia o uczuciach, więc „ryczeć też można”. Pisząc szczerze, mi nie chciało się płakać. Ani ze śmiechu, ani ze wzruszenia. Gdzieniegdzie wydałam z siebie dźwięk śmiejąco-chrząkający, ale nie rozbolały mnie od tego mięśnie brzucha. Również nie bardzo się wzruszyłam. Fabuła była nieco naciągana, bo i owszem można się przenieść w czasie by coś naprawić, ale przecież bohaterka wiodła szczęśliwe życie. Po powrocie do przeszłości nawet musiała popełnić błąd umyślnie, bo inaczej nie miałaby swojej ukochanej córki. Na naprawę zasadniczego błędu, czyli ślubu z Darkiem już i tak było za późno. Cytaty z epoki też jakieś takie mało prawdziwe. To był dobry pomysł na film, ale chyba nie do końca wykorzystany.
Aktorzy oczywiście spisali się na pięć z plusem, szczególnie Robert Więckiewicz i Ilona Ostrowska. Danuta Szaflarska jest teraz dla mnie ideą babci. Należy też wspomnieć o niezrównanej Katarzynie Kwiatkowskiej.
Film polecam, choć wielkich emocji u mnie nie wywołał.
Marta Pawlak (listopad 2009)
Powrót do przeszłości, czyli jak to było w tym PRLu
23. października odbyła się premiera polskiego filmu „Mniejsze zło”, w reżyserii Janusza Morgensterna. W roli głównej – Lesław Żurek, obok niego – plejada gwiazd, czyli: Janusz Gajos, Borys Szyc, Magdalena Cielecka, Wojciech Pszoniak, Anna Romantowska oraz wielu innych. Film zakwalifikowano jako obyczajowy.
O czym jest? Jest to opowieść o życiu w PRLu (1980/81 rok), a więc o podwójnej moralności, o podejmowaniu wielkich wysiłków, by „jakoś sobie radzić”, o strachu, o strajkach, o szarości.

Głównym bohaterem jest Kamil. Wydaje się młodym ambitnym chłopakiem, który z oczu przypomina trochę Stachurę. Życie jednak nie jest proste, więc żadna postać nie może być tylko biała czy tylko czarna. Kamil staje się poetą zakłamanym, który „kradnie czyjeś słowa”. Staje się bohaterem „mimo woli”, nie wierzy w załamanie systemu, ale wiedząc, że środowisko twórcze popiera opozycję, daje się namówić na podpisywanie protestów. Jego działalność polityczna nie ma nic wspólnego z bohaterstwem, ale raczej z chęcią bycia jako taki postrzeganym.
Jego ojciec zapisał się do partii by móc awansować na dyrektora handlu zagranicznego, jednocześnie jest założycielem Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” w swojej firmie. Raz stawia na biurku zdjęcie Stalina, a raz wiesza na ścianie portret papieża. Postawa spotykana w PRL wcale nierzadko.
Bardzo dobry pomysł na realizację filmu. Częste i długie zbliżenia na twarze ukazywały widzom portret psychologiczny bohaterów. Aby zabieg taki miał sens aktorzy musieli włożyć wiele pracy w wejście w postać, ponadto nie mogli sobie pozwolić na choćby najmniejszy brak skupienia. W tym miejscu warto pochwalić grę aktorską, szczególnie Gajosa i Romantowskiej, którzy wcielili się w rodziców Kamila. Mieli o tyle trudniejsze zadanie, że oprócz zagrania twarzą cech swojej postaci, musieli również budować napięcie jakie istniało między małżonkami. Na pewno godne uwagi było to, że aktorzy nie mieli starannej charakteryzacji. Albo właśnie byli poddani charakteryzacji, bo wyglądali nie za dobrze. Odniosłam wrażenie, jakoby specjalnie uwypuklono niedoskonałości cery, zmarszczki, zaskórniki, rozdwojone końcówki. Czy było to nawiązanie do niezbyt profesjonalnej w tamtych czasach charakteryzacji filmowej? Moim zdaniem celem filmu nie było udawanie, że został nakręcony w PRL. A zbrzydzeni bohaterowie to raczej aluzja lub co więcej wyraz tamtej rzeczywistości polityczno-społecznej. Codzienność była brzydka, nieupudrowana, zaniedbana.
Obraz wzbogacony został o cytaty z epoki. Gdy Kamil włącza telewizor widzi przemawiającego Wałęsę albo Jaruzelskiego z słynnym: „Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju”.
Poza kilkoma „dłużyznami” film został zrealizowany znakomicie. Przede wszystkim udało się oddać atmosferę tamtej epoki. Obraz zadziałał na mnie tak sugestywnie, że wracając do domu oglądałam się nerwowo, czy nie idzie za mną ktoś wyglądający na ubeka.
„Mniejsze zło” to film, który zapisuje się w „nurcie rozliczeniowym”. Tak nazywam utwory o PRL, które podejmują próbę rozliczenia się z przeszłością. Rachunek sumienia. Obok tego typu utworów istnieją również takie, które nie przywiązują uwagi do aspektu polityczno-moralno-społecznego, a traktują PRL jako źródło absurdów podanych jak na tacy, gotowych do obśmiania, a ówczesna rzeczywistość traktowana jest jak gadżet. Obie te formy mówienia o Rzeczpospolitej Ludowej są nam bardzo potrzebne!
Marta Pawlak (listopad 2009)
Współczesne horrory
Z założenia mają straszyć, mrozić krew w żyłach i wzbudzać zimne dreszcze grozy. Mają przenosić w świat wyobrażonego strachu, zmaterializowanego najczęściej do jakieś konkretnej postaci, a to ducha, wampira, czy zombie. Mogą wywoływać w nas przerażenie efektami dźwiękowymi albo świetlnymi (lub raczej ich brakiem). Ciekawi mnie zatem, co jest strasznego w odrąbanej krwawiącej ręce, wywalonych na zewnątrz ciała jelitach i innych bebechach, albo może w gwoździach, hakach, igłach wbijających się w nasze ciało, lub (co gorsze, jak dla mnie) w ciała zwierząt? Czy budzi w Was strach krew, narządy ludzkiego organizmu lub ogólnie pojęte znęcanie się nad ludźmi bądź zwierzętami (np. cykl „Piła”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Hostel”, „Wzgórza mają oczy”, itp. itd.)? Nie wydaje mi się…
Co się stało z klasycznym kinem strachu? Czy znudziły nas już duchy szepczące nam klątwy do ucha podczas snu, albo wampiry zakradające się w nocy do naszych bezpiecznych łóżek? Czy każdy współczesny horror musi być krwawą masakrą pełną flaków i niezidentyfikowanych elementów ludzkiego ciała nieznikających wręcz z ekranów naszych telewizorów? Gdzie podział się hrabia Dracula, Frankenstein i wszystkie duchy?

Niestety trzeba ich szukać w latach 20 – 60/70 XX wieku. Dzisiaj za to, w porównaniu z wyżej wymienioną przeze mnie rzeźnią na ekranie, kino amerykańskie proponuje nam również (i na szczęście) coś odmiennego, a mam na myśli filmy „The Blair Witch Project” i „Paranormal Activity” (powstały również inne tego typu filmy, nie tylko amerykańskiej produkcji, m.in. hiszpański „[REC]”).
Najważniejsze, co wyróżnia te dwie produkcje, to ich amatorska i prosta forma. Nie ma wielkiego studia pełnego labiryntów sal, sztucznych ulic, domów, rekwizytów. Jest jedna (lub dwie) kamery, aktorzy… i właściwie wydaję się, że na tym koniec. Oczywiście są również reżyserzy, scenarzyści i reszta obsady technicznej. Ale widz tak naprawdę w ogóle nie doświadcza ich istnienia. Obydwa filmy zostały zrealizowane w stylu programu na żywo. A w tym wypadku jest to dużą zaletą. Jak to więc właściwie wygląda?
„The Blair Witch Project” to historia trójki młodych filmowców, którzy zaginęli w lesie, a jedyne co po nich zostało to ich dwie kamery z zarejestrowanym materiałem. Studenci pojechali do miasteczka Blair w celu zbadania legendy o okolicznej wiedźmie, mającej porywać dzieci do lasu, a później je w okrutny sposób zabijać. Przeprowadzili wywiady z kilkoma mieszkańcami miasteczka, ale to, co usłyszeli nie było dla nich satysfakcjonujące. Postanowili więc spędzić kilka dni w legendarnym lesie. Niestety małomiasteczkowa legenda o ogólnie pojętej wiedźmie okazała się być prawdą…
„Paranormal Activity” za to opowiada o młodej parze, Katie i Micah. W ich domu dzieją się niewyjaśnione zjawiska paranormalne. Postanawiają filmować to, co się dzieje w ich sypialni podczas gdy oni śpią i nie kontrolują sytuacji. Z czasem okazuje się, że to Katie jest powodem nawiedzenia ich domu przez istotę zza światów. Sytuacja pogarsza się, gdy Micah próbuje na swój, dość nieroztropny sposób wykurzyć demona.
W obydwu przypadkach widzowie widzą praktycznie każdą minutę z życia bohaterów. Wszystko rejestrowane jest na bieżąco. Nie ma żadnych (widocznych) efektów specjalnych, co daje sam w sobie niesamowity efekt. Po pewnym czasie człowiek zaczyna wręcz wierzyć, że to co widzi na ekranie swojego telewizora to autentyczna prawda i wtedy tak naprawdę można odczuć prawdziwy strach. Mówi się, że po wyjściu z kina po obejrzeniu „Paranormal Activity” ludzie nadal wyglądali na śmiertelnie przerażonych. Potwierdza to również trailer filmu: http://www.youtube.com/watch?v=OSSqxrh5kp8. Ja sama to również potwierdzam – mimo że nie było absolutnie żadnych efektów dźwiękowych (typowa i specyficzna muzyka „chwil grozy” w horrorach) ani komputerowych, odczuwałam autentyczny strach.
Na całym świecie kręci się ostatnio coraz więcej filmów grozy. Jak wiele jest w nich grozy to już zależy od tego, co kto widzi strasznego w okrwawionych i rozczłonkowanych ex-istotach ludzkich. Uważam, że taka amatorska forma kręcenia filmów, w szczególności horrorów, jest jak na dzisiejsze kino czymś kreatywnym, odświeżającym, dużo bardziej wiarygodnym (szczególnie przy przyzwyczajeniu się do hollywoodzkich super-efektownych, super-kosztownych, super-przereklamowanych super produkcji) no i poszerza w pewien sposób granice naszej wyobraźni. „The Blair Witch Project” i „Paranormal Activity” – stanowczo polecam!
Angelika Wicka (listopad 2009)
“Przerwana lekcja muzyki”
„Have you ever confused the dream with life? Or stolen something when you have the cash? Have you ever been blue? Or thought your train movin’ while sitting still. Maybe I was just crazy. Maybe it was the 60’s. Or maybe I was just a girl,… interrupted.” – mówi w pierwszej scenie Susanna Kaysen (Winona Ryder) i tak rozpoczyna się jej historia, w którą coraz bardziej zagłębiamy się z każdą kolejną minutą filmu.
Z pozoru – typowa nastolatka z wyolbrzymionymi problemami, odrzucana przez rówieśników w szkole, wyśmiewana za swoje dziwactwa, nałogowa palaczka. A jednak okazuję się, że Susanna to osoba bardzo wrażliwa, a do tego utalentowana – jest początkującą i zupełnie niedocenianą pisarką. Ma wielką wyobraźnię jak i również dość dużo zrozumienia dla otaczającego ją świata, jak na tak młody wiek. Mimo tego, nie potrafi w ogóle zrozumieć samej siebie. Doprowadza to do wielu kłopotów w jej życiu osobistym, a nawet do próby popełnienia samobójstwa. Po wyjściu ze szpitala rozmawia z zaprzyjaźnionym z jej ojcem psychiatrą, który zaleca jej pobyt w zakładzie dla psychicznie chorych. Gdy przybywa na miejsce jej życie wywraca się do góry nogami, a to za sprawą innych pacjentek przebywających w Claymore.

Największy wpływ na jej nowo rozpoczynające się życie ma Lisa Rowe (Angelina Jolie). „Weteranka” licznych ucieczek z ośrodka, przebywa w nim już od 8 lat. Jest socjopatką, znerwicowaną i nieliczącą się z uczuciami innych kobietą o bardzo twardej „skorupie” zewnętrznej. Fascynuje, inspiruje, ale zarazem przeraża i terroryzuje pozostałe pacjentki Claymore. Susanna po jakimś czasie odnajduję w niej bratnią duszę. Z innymi dziewczynami też się zaprzyjaźnia, jednak to Lisa pozostaje jej najbliższa i wywiera na nią największy wpływ. Z pozoru zupełnie inne, a jednak dogadują się znakomicie. Największą różnicą między nimi jest to, że Lisa jest poważnie i raczej nieuleczalnie chora, zaś Susanna jest zdrową osobą z problemami, z którymi dość często musiała walczyć młodzież pod koniec lat 60-tych w Stanach Zjednoczonych.
„Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.” (Andrzej Sapkowski, saga o Wiedźminie) – i o to mniej więcej chodzi w tym filmie. Ludzie na pierwszy rzut oka zwracają uwagę na pozory, na „odbicie” prawdy i nawet nie zastanawiają się głębiej, nad tym, co widzą. Nie chcą się wdrażać, unikają zaangażowania. Taka właśnie jest Susanna. Boi się spojrzeć prawdzie w oczy. Nie chce uwierzyć, że problemy leżą w jej wnętrzu i że tylko ona sama może sobie z nimi poradzić. Przed pobytem w ośrodku robi coraz to głupsze rzeczy – np. uprawia przygodny seks z ledwo co poznanym chłopakiem – aż w końcu próbuje popełnić samobójstwo (do którego oczywiście się nie przyznaje podczas terapii, twierdząc, że bolała ją głowa). Czy końska dawka aspiryny popita wódką i podcięte żyły to rozwiązanie? Nie!!! I to właśnie lekarze i opiekunowie zakładu Claymore próbują jej pomóc zrozumieć, co nie jest łatwym zadaniem…
Utrudnieniem jest Lisa. Nieokiełznana, namawia Susanne do ucieczki. Zatrzymują się u Daisy, która została kilka tygodni wcześniej wypuszczona z Claymore. Bezduszność i zimne serce Lisy oraz obojętność Susanny doprowadzają Daisy na skraj załamania i dziewczyna popełnia samobójstwo. „Szukała tylko pretekstu, więc jej go dałam” – tak komentuje całą sprawę Lisa, po czym ucieka z domu samobójczyni. Susanna zaś wraca do Claymore. Po jakimś czasie zaczyna rozumieć. Następuje przełom w jej „chorobie” i zmienia się jej stosunek do otaczającego ją świata.
Czy ludziom potrzebne są aż tak straszne i okrutne czyny jak samobójstwo, morderstwo czy gwałt, żeby otworzyły im się klapki przesłaniające im na co dzień oczy? Dlaczego nie potrafimy najpierw pomyśleć, zanim podejmiemy jakiekolwiek działania? Czy to, co robimy na co dzień i nasze problemy w życiu są łącznikiem między światem szarej rzeczywistości a niespełnionych marzeń i ogólnego spokoju ducha? Jaka jest granica między obłędem i szaleństwem a względną normalnością naszych problemów? – między innymi takie pytania możemy sobie zadawać po obejrzeniu „Przerwanej Lekcji Muzyki”. Odpowiedzi na nie nie są łatwe – jak samo życie, które nam tych pytań na co dzień dostarcza…
Film ten porusza wiele ciężkich problemów i myślę, że każdy po jego obejrzeniu powinien się nad nimi dłużej zastanowić. Nie jest to może wybitne dzieło, jednak twórcy starali się nam przekazać coś więcej niż tylko tkliwą i tragiczną historię pacjentek zakładu psychiatrycznego. Widziana przez nas zazwyczaj w zupełnie odmiennych rolach Angelina Jolie otrzymała 3 nagrody za kreacje Lisy Rowe stworzoną w tym filmie, w tym Oscara i Złoty Glob. Trochę niedoceniona została gra Winony Ryder i pozostałych aktorek, lecz nie zmienia to faktu, że film ten jest warty obejrzenia.
Angelika Wicka (październik 2009)
„Zakochany Bez Pamięci”
Ni to dramat, ni to science fiction, ani nawet film obyczajowy. Niby komedia romantyczna, a jednak nadal to nie to… Prawda, pojawiają się utarte (a może wręcz przetarte) już schematy : „once upon a time…” on poznaje ją, zakochują się w sobie, jednak pojawiają się na ich wspólnej drodze przeszkody nie do pokonania, potem ich związek się rozpada, ale pod koniec filmu na szczęście los z powrotem splata ich ze sobą „…and they’ve lived happy ever after.” Jednak akurat tego filmu moim zdaniem w ogóle nie powinno się szufladkować. To jest coś zupełnie odmiennego, niż pozostałe hollywoodzkie historie miłosne, dominujące na co dzień w naszych telewizorach i kinach. Właściwie to ciężko dopasować ten film do jakichkolwiek kanonów kina współczesnego.

W „Zakochanym Bez Pamięci” zostaje nam ukazana piękna historia. Jedną z ciekawszych metod jej przedstawienia, jest pokazanie jej w pewien sposób od końca (chociaż koniec ostateczny jest zupełnie inny od tego końca na początku filmu). Obsada aktorska jest niczego sobie, chociaż dość zaskakujący może być dobór osób odtwarzających role głównych bohaterów. Jednak Jim Carrey i Kate Winslet ani trochę nie zawiedli w tym filmie. Pojawia się wiele ujęć, zrealizowanych we wspaniały, acz dość niecodzienny i niekonwencjonalny sposób. Pomagają temu też efekty dźwiękowe oraz gra światła i cienia (np. scena na zamarzniętej rzece Charles).
Joel Barish (Jim Carrey) dowiaduje się, że po rozstaniu się z nim, Clementine Kruczyński (Kate Winslet) poddała się zabiegowi likwidowania wspomnień, o których za wszelką cenę chce się… zapomnieć (w tym przypadku, o ich związku). Postanawia więc pójść w jej ślady. Wtedy to widz rozpoczyna wędrówkę po zakamarkach pamięci głównego bohatera. Zostaje mu ukazana historia miłości cichego i skromnego z natury Joela oraz wybuchowej i zmiennej jak pogoda (również w wyglądzie) Clementine. Niestety, każde ze wspomnień Joela jest usuwane z jego pamięci przez „bezwzględnych i bezlitosnych wymazywaczy” (Tom Wilkinson, Mark Buffalo, Elijah Wood, Kirsten Dunst). W wyniku okrutnego zabiegu Clementine zaczyna znikać z jego wspomnień. Z każdą minutą jednak robi się to coraz bardziej bolesne i nie do wytrzymania. Joel przekonuje się, że nie chce, aby jego ukochana w tak drastyczny sposób go ostatecznie opuściła.
Często pragniemy z całych sił zapomnieć o naszym byłym partnerze (bądź partnerce), o naszej miłości… W „Zakochanym Bez Pamięci” staję się to możliwe (niestety, jedynie za pomocą skomplikowanych komputerów i maszyn). Jednak, o ile można stracić pamięć, to w jaki sposób pozbyć się z serca, duszy, umysłu tak silnego i prawdziwego uczucia, jak miłość? A taka jest właśnie miłość Joela i Clementine. Choć prawie cały czas się kłócą (często o dość błahe sprawy), to nadal pozostają w sobie bardzo silnie zakochani. Z drugiej strony „miłość” może być tylko pustym słowem. Lecz jeżeli to uczucie jest prawdziwe, szczere i płynące prosto z serca, to powinno być właśnie tym, co jest między Joelem Barishem i Clementine Kruczyński.
Mimo że wyczyszczono im pamięć, a jedno o istnieniu drugiego nie ma bladego pojęcia, to ich podświadomość, jakiś wewnętrzny głos, podpowiada im, co mają zrobić. I tak, pomimo tego, że pozornie się nie znają i nic o sobie nie wiedzą, spotykają się (znowu). Odżywa w nich dawne uczucie a ich miłość „zwycięża z cudem technologicznej niepamięci.”
Z pozoru prosta historia miłosna okazuje się zwierać w sobie głębokie znaczenie filozoficzne i liczne przesłania skierowane do wszystkich widzów. Jest grą psychologiczną, w jaką twórcy filmu chcą wciągnąć wszystkich chętnych do świata Joela i Clementine. Myślę, że warto im w tej kwestii zaufać. „Zakochany Bez Pamięci” – stanowczo polecam!
Angelika Wicka (październik 2009)
„Wszystko za życie”
„Jeśli przyjmiemy, że ludzkie życie ma być rządzone przez rozsądek, potencjał życia zostanie utracony.”
„Wszystko za życie” („Into the Wild”) to poruszający film o niegasnącej tęsknocie za prawdą. O prawdzie, która ostatecznie przynosi raczej rozczarowanie niż poczucie wolności. O poczuciu wolności, które uzmysławia, że w „życiu niekoniecznie ważne jest by być silnym, ale by czuć się silnym”. To film o sile i niezłomności ludzkiego charakteru, dzięki którym nawet moment własnej śmierci ma smak szczęścia. O szczęściu, za które oddasz wszystko. Wszystko za życie.

Film w reżyserii Seana Penna, zekranizowany na podstawie reportażu Jona Krakauera, opowiada o wykształconym, świetnie zapowiadającym się młodym człowieku, Chrisie McCandlessie, który pewnego dnia porzuca wszystko (rodzinę, studia, pieniądze), zmienia nazwisko (na Aleksander Superpodróżnik) i niczym współczesny asceta wyrusza w podróż – na spotkanie z przygodą swojego życia, by pośród nieodgadnionych przestrzeni dzikiej Alaski szukać duchowego wyzwolenia. A może inaczej? Może to wyidealizowana bajka o egoistycznym szaleńcu, który ucieka przed odpowiedzialnością i dorosłością, naiwnie wierząc, że nietknięte przez człowieka połacie dziczy zapełnią pustkę w jego życiu? Możliwych interpretacji jest całe mnóstwo – i już choćby z tego powodu warto ten film obejrzeć!
„Wszystko za życie” podzielono na poszczególne rozdziały, w których śledzimy nie tylko kolejne etapy podróży Chrisa, ale przede wszystkim poznajemy (co jest szczególnie znaczące dla przesłania) nieprzeciętną osobowość i niezwykle dojrzałą filozofię życia młodzieńca, jego przeszłość i powody, dla których zdecydował się wyruszyć w podróż w kierunku na północ. Jest to szczególnie ciekawy zabieg przedstawienia akcji: im bliżej osiągnięcia celu jest Chris, który brnie (mimo wielu zapierającym dech w piersiach przeciwnościom) nieprzerwanie do przodu, przed siebie, tym bardziej my, stopniowo przesuwamy się wstecz, cofamy się w czasie – jego czasie.
W ten sposób mityczna baśń o wędrówce zamienia się w głęboką, psychologiczną opowieść o człowieku, który szuka swojego miejsca na Ziemi. W ten sposób, całkiem niepostrzeżenie, w marzeniach Chrisa o niezależności, o uwolnieniu się od zepsucia i zakłamania, o potrzebie czerpania radości z niepowtarzalnego „tu i teraz” rozpoznajemy własne tęsknoty. Przy inspirującej muzyce Eddiego Veddera i niesamowitych zdjęciach nieokiełznanej Alaski zaczynamy nieśmiało podejrzewać, że w życiu naprawdę warto szukać własnego przeznaczenia, kierować się intuicją, żyć z pasją, wybierać ryzyko. Ale niezbędna jest przy tym umiejętność zachowania pokory, której Chrisowi niestety zabrakło.
Bohater ostatecznie przegrywa. Przegrywa z żywiołem, ale też z samym sobą – w pewnym momencie przecenia własne możliwości, nie doceniając jednocześnie potęgi natury. A może inaczej? Może pomimo wszystko jednak wygrywa? Osiągnął przecież to, czego pragnął, wzbił się ponad przeciętność – doświadczył pełni własnego istnienia. A im więcej poświęcił, im większe podjął ryzyko, tym cenniejsze jest jego doświadczenie.
Historia Chrisa nabiera jeszcze większego znaczenia, gdy dowiadujemy się, że została oparta na autentycznych wydarzeniach – w kwietniu 1990 roku niejaki Christopher Johnson McCandless po ukończeniu studiów wyruszył w podróż, która miała zmienić wszystko… Do „magicznego autobusu” nr 142, ukrytego w dziczy Alaski, w którym Chrisowi udało się schronić przez kilka miesięcy, wciąż jeszcze można dotrzeć. Jesteście chętni?
Renata Gromuł (październik 2009)
„Ostatnia akcja” – film ze zmarnowanym potencjałem
„Ostatnia akcja” budziła moje zainteresowanie jeszcze na długo przed tym, jak trafiła na ekrany kin. Po pierwsze, komedia to jeden z gatunków filmowych, które moim zdaniem najlepiej udają się polskim twórcom. Po drugie, film zachęcał gwiazdorską obsadą – główne role zostały obsadzone najbardziej utalentowanymi artystami polskiego kina (m.in.: Jan Machulski, Barbara Krafftówna, Marian Kociniak, Witold Skaruch, Lech Ordon, Alina Janowska, Wojciech Siemon, Piotr Fronczewski, Małgorzata Potocka, Marek Kalita).
Po trzecie, całkiem ciekawie zapowiadała się fabuła filmu. I po czwarte w końcu, ciekawa byłam fabularnego debiutu reżyserskiego Michała Rogalskiego, który został wyróżniony na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” 2009 nagrodą publiczności. „Ostatnia akcja” była również gwiazdą specjalną tegorocznej edycji Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi. Film Rogalskiego został zaprezentowany w przedostatni dzień Festiwalu przy okazji jego uroczystego zamknięcia. Wszystkie bilety zostały wykupione na długo przed projekcją. Tymczasem jednak „Ostatnia akcja” niemiło zaskakuje.

Bardzo ciekawy był pomysł na fabułę filmu – zderzenie środowiska kombatantów wojennych, ludzi idei, czynu i odwagi z dzisiejszą zakłamaną, skorumpowaną i zagmatwaną w różne układy i układziki polską rzeczywistością. Pomysł ten udało się Rogalskiemu zrealizować doskonale. Obydwa środowiska zostały bardzo dobrze scharakteryzowane, z dużą dbałością o szczegóły, w sposób niemalże realistyczny, aczkolwiek – jak na komedię przystało – ocierający się niekiedy o groteskę. Rogalski umiejętnie wydobył różnice między światopoglądem, wyznawanymi wartościami, a także poziomem inteligencji i wykształceniem „Polski niegdysiejszej” i „Polski współczesnej”. I niestety trzeba przyznać, że Polska współczesna zdecydowanie przegrywa w tej konfrontacji, co zresztą chyba nie jest tylko i wyłącznie fikcją filmową, ale również stanem faktycznym.
Dobrze więc, że Rogalski przypomniał nam ethos polskich kombatantów minionego wieku, bo choć dzieli nas wiele, to – co zdecydowanie udowodnił Rogalski w swoim filmie – pewne wartości są aktualne w każdym czasie i warto o nich pamiętać. Niestety, pomysł na fabułę i wyjątkowa obsada to dwie jedyne mocne strony filmu, który pod względem technicznym nie należy do udanych. Intryga jest prosta, wręcz banalna, nie ma w niej praktycznie żadnych poważnych zwrotów akcji, oprócz sceny końcowej, kiedy – niczym deus ex machina – pojawia się płk. Dowgird (Alina Janowska), która niby niezaangażowana w akcję konspiracyjną byłych powstańców, ostatecznie przyczynia się do jej powodzenia.
Akcja filmu jest chaotyczna i nie jest to niestety chaos zamierzony, nad którym reżyser panuje. Bez wyraźnych przyczyn pojawiają się nowe wątki, tematy, które nie mają w filmie wyraźnych skutków. Przez to właśnie cała akcja staje się po prostu nudna. Nudą wieje już od samego początku – czyli od nazbyt długo ciągnącego się i zdecydowanie nużącego swego rodzaju prologu wygłoszonego przez Roberta Malinowskiego (Antoni Pawlicki). Prolog – oprócz tego, że długi i nudny – to jeszcze, o zgrozo, sztucznie naszpikowany został – podobnie zresztą, jak i epilog, a także cały film – nachalnie narzucającą się widzowi promocją Warszawy jako „miasta ducha”. Postaci są mdłe i bez wyrazu. Szkoda, że tak wielki potencjał aktorski został utopiony w kreacjach drugiej kategorii.
Komizm, mimo iż to podobno komedia, pojawia się w zasadzie tylko w początkowych scenach z Małgorzatą Potocką i Markiem Kalitą, którzy grając role rodziców Mateusza Zubera (Szymon Mysłakowski), odrywają znakomitą groteskową komedię małżeńską. Ale to niestety jedyny moment naprawdę dobrego, a zresztą jakiegokolwiek w ogóle, humoru w tym filmie. No i na koniec, to naiwne przekonywanie widza na siłę, że film opowiada zdarzenia autentyczne, jest co najmniej denerwujące.
„Ostatnia akcja” więc to film, który zdecydowanie miał potencjał fabularny i aktorski, ale niestety potencjały te zostały utopione w nieudolnym scenariuszu. Jeszcze raz w historii polskiej kinematografii (choć nie jest to domeną jedynie polską) mamy szansę się przekonać, że wielkie nazwiska aktorów nie zawsze są gwarantem dobrego filmu, czasami bywają po prostu przykrywką marnej produkcji.
Weronika Gołębiowska (październik 2009)
Plakat pochodzi ze strony: www.stopklatka.pl/film/plakat.asp?xi=33447&zdjecie=881fdbd3dbc23b0
Wojna polsko-ruska – nie podobało mi się…
Tyle hałasu robi się wokół tego filmu, a wcześniej wokół książki. Książki nie przeczytałam, a film mi się nie podobał. Argumentacja? Nie przeczytałam książki, bo nie lubię, tego, co modne i na czasie. Film obejrzałam, bo chciałam się dowiedzieć, co straciłam nie czytając książki. Szczerze mówiąc, jeśli książka była taka, jak ten film, to przynajmniej nie straciłam czasu.
Fabuła? Hmm… o czymś musiało być. Współczuję Masłowskiej, jeśli zna takich ludzi, a jeszcze bardziej jej współczuję, jeśli nie zna takich ludzi, a bohaterowie zostali stworzeni w jej głowie. Rozumiem – pokazać prawdziwy, brudny świat. Rozumiem – pokazać subkultury. Rozumiem – opisać stan społeczeństwa. Sposób, w jaki to wszystko ukazano – nie rozumiem. Przede wszystkim, pierwsze moje stanowcze „nie”, to wstawki od narratora. Czy Dorota Masłowska ma takie „parcie na szkło”, że specjalnie dla niej musieli zepsuć ten film? I jeszcze to jej „burkanie” pod nosem. Zastanawia mnie, czy ta dziewczyna faktycznie tak mówi, czy nie powinna iść do logopedy, czy może miała rozciętą wargę podczas nagrywania, a może po prostu siliła się wizerunek „tej, której zwisa”. Zupełnie niepotrzebny zabieg.

Wtręty od narratora niczego nie wnosiły, nie wzbogacały fabuły, rozpraszały i przeszkadzały. Cała ta scena przesłuchiwania Silnego – ale o co chodzi?! Szczerze mówiąc, starałam się w tej scenie znaleźć „coś”. Cokolwiek. Być może to takie: stop na zadumę. O sensie, o byciu kierowanym przez jakieś fatum, o Opatrzności. Nie, jednak nie. Ta scena nic nie wnosi. Jest tylko powtórzeniem tego, co już usłyszeliśmy w Matrixie. Tam, ułuda rzeczywistości miała wymiar filozoficzny. Tu – jest cytatem z filmu braci Wachowskich. Z resztą oglądając Wojnę polsko-ruską, miałam wrażenie, że wszystkie „lepsze sceny” już gdzieś widziałam. Polecam „Requiem dla Snu”. Tam znajdziecie główne źródło. Scena, w której Silny w amoku narkotykowym trafia do telewizji, to nic innego jak pani Goldfarb w swoim wymarzonym teleturnieju. No i niezapomniane barwne soczewki w oczach! Hehe… Tanie, ale zabawne. I bardzo dosłowne. Dzięki sztucznemu wyglądowi oczu realizatorzy mówią widzowi, że bohater jest na haju. To tak, jakby książkę pisać tylko wielkimi literami, w obawie, że czytelnik, nie będzie potrafił przeczytać tekstu ze zrozumieniem, gdy używać będziemy również małych liter. Można się obrazić!
Pozytywy? Gra aktorska Borysa Szyca. To na pewno. Zaczynałam wierzyć, że Szyc to Silny, i że sam aktor może naprawdę posiadać takie cechy, być takim człowiekiem, jak jego bohater. Żeby nie znienawidzić fantastycznego artysty, robiłam sobie przerwy w filmie i puszczałam sceny z „Vinci”J Kolejny plus: Maria Strzelecka (Andżela Kosz) przypominała mi Sandrę Bullock J Trzecim plusem jest Sonia Bohosiewicz, która zawsze jest plusem filmu, w którym gra.
Muzyka – ok. Kostiumy – dobre. Wnętrza – prawdopodobne.
Ogólnie : za mało tej całej wojny polsko-ruskiej, o którą tyle krzyku. Ja jej tam prawie nie widziałam. Jeśli na podstawie filmu, miałabym zgadnąć tytuł, nie trafiłabym z pewnością. Rozumiem, że tytuł nie ma być abstraktem tekstu. Czasem, może być słowem, które w utworze w ogóle nie występuje. Ale w takim razie zastanówmy się, czy tytuł ma być metaforą, czy ma określać oś fabuły, czy ma w ogóle nie nawiązywać do utworu? Żadne z tych uzasadnień nie pasuje mi do tego przypadku.
A do Wejherowa, teraz boję się jechać…
Marta Pawlak (październik 2009)
Operacja Dunaj, polsko-czeska historia wojenna
Od 14. sierpnia gości w kinach „Operacja Dunaj”. To dość nietypowa produkcja, albowiem jest to dzieło wspólne Polaków i Czechów.
Historia oparta na faktach. W 1968 roku wojska Układu Warszawskiego zostały wezwane „na pomoc bratniej Czechosłowacji”. Polacy, obok innych krajów pozostających pod wpływami ZSRR ruszyły w stronę polsko-czeskiej granicy. W czasie akcji zaginął jeden z czołgów. Jego losów nie znamy do dziś. To tyle jeśli chodzi o fakty. Reszta filmu to „licencia poetica” . Czołg nieplanowo i bardzo awaryjnie parkuje w „hostińcu”, i pancerni pozostają w małym miasteczku.
Film doskonale charakteryzuje epokę i jej bohaterów. Polacy cały czas „gadają” o honorze, Czesi, w odpowiedzi na wszystko piją piwo, Czeszki, jak zwykle są piękne, a Polacy próbują je poderwać. Jest też polski pijak, który w głowie ma tylko „matkę”, są „ruscy”, gryzący szklankę z wódką jak wafelka. Śmiejemy się ze stereotypów, dajemy się wciągnąć w grę pomiędzy dwoma narodami, jednakowo zniewolonymi przez sowieckiego okupanta. Szkoda tylko, że historii nie da się zmienić… Bo co by było, gdyby wojska Układu Warszawskiego po wkroczeniu do Czechosłowacji przyłączyli się do walczących Czechów? Ach… pomarzyć każdemu wolno…
Film wpisuje się w estetykę kina czeskiego. Widać, jaki naród w dorobku swej kinematografii ma „Nikt nic nie wie”, „Miłość blondynki”, „Czarny Piotruś”, „Zwyczajne szaleństwa”, czy niedawny hit „Butelki zwrotne”.
Obsada błyszczy gwiazdami: Tomasz Kot, Maciej Stuhr, Zbigniew Zamachowski, Przemysław Bluszcz. A z drugiej strony: Jiri Menzel – zdobywca Oskara za film „pociągi pod specjalnym nadzorem”, Eva Holubowa – znana m.in. za wspaniałą kreację w filmie „Guzikowcy”, Rudolf Hrušínský – również widzieliśmy go w „Guzikowcach”, a także w „10 minut później. Wiolonczela”.
Jeśli pragniesz ocieplenia stosunków polsko-czeskich wpadnij obejrzeć „Operację Dunaj”!
Marta Pawlak (wrzesień 2009)
Film zbyt drogi...
Po czeskich bezdrożach przemieszcza się zadziwiająca trójka. Radek (Radek Pastrnak), Franta (Jakub Spalek) i samochód przerobiony na kabriolet. Starają się uciec od wszystkiego, co ich do tej pory, udając się w podróż przez swoją ojczyznę. Omijają główne drogi, izolując się od miast, a przede wszystkim od policji. Samochód nie ma żadnych dokumentów. Na swojej drodze napotykają jednak piękną nieznajomą (Anna Geislerova). Kobieta ta, uciekając przed swoim chłopakiem, dołączą do wesołej kompanii i staje się przyczyną wszelkich perypetii...
"Jazda" Jana Sveraka należy do gatunku kina drogi. Jest opowieścią o podróży bez zobowiązań, zilustrowanej idyllicznymi zdjęciami Frantiska Brabca. Zapierającym dech w piersiach obrazom towarzyszy, legendarna już, muzyka czeskiego zepołu "Buty". Niniejsze walory sprawiają, że widz może poczuć się tak, jakby sam odbywał podróż bez wyznaczonego celu w słoneczny dzień.
Jednakże w filmie Sveraka czegoś brakuje. Fabuły. W "Szkole podstawowej", czy w "Butelkach zwrotnych" obraz sielanki usupełniony był intrygującą opowieścią. W "Jeździe" nie ma miejsca na dynamiczne zwroty akcji, ani wyszukany humor. Jest to kino leżakowo-niszowe. Gwoździem do trumny jest gra aktorska Anny Geislerovej. Pretensjonalna, wykorzystywana jako okładka zbyt wielu filmów wyraźnie nie pasuje do idyllicznego świata Sveraka.
Film opowiada historię, jaka może zdarzyć się każdemu. Jednakże irracjonalne zachowania bohaterów zbyt mocno godzą w delikatną nić fabuły. O ile w obrazie "Jedna ręka nie klaszcze" Davida Ondricka odrealnione zachowania występują na porządku dziennym, to budują one nastrój fantasmagorii, nie niszcząc treści dzieła. W dziele Sveraka dysonans pomiędzy czeską Arkadią, a pretensjonalnym zachowaniem postaci pozostaje zbyt duże. Mimo walorów muzyki i dźwięku, film pozostaje niespójny. Tak, obraz zrealizowany minimalnym nakładem finansowym stał się filmem zbyt drogim. 10 złotych za bilet i półtorej godziny straconego czasu to stanowcza zbyt wysoka cena.
Grzegorz Ruta (lipiec 2009)
Mdła opowieść o barwnej postaci
Coco Channel – nowy film produkcji Philippe’a Carcassonne’a i Caroline Benjo gości na ekranach polskich kin od 26 czerwca. W końcu udało mi się go obejrzeć. Cóż… czy warto było przesiedzieć w kinie te prawie dwie godziny, które nota bene wydawały się wiecznością? Warto było, chociażby po to, by sprawdzić, czy potrafię jeszcze spojrzeć krytycznie na świat i to, co mi prezentuje, nie śliniąc się z rozkoszy przy byle czym…
Film Coco Chanel (Coco avant Chanel) w reżyserii Anne Fontaine to biografia wybitnej projektantki mody, rewolucjonistki i feministki. Scenariusz opracowali wspólnie: Christopher Hampton, Anne Wiazemsky, Anne Fontaine i Camille Fontaine. Za scenografię odpowiada Olivier Radot, a za kostiumy Catherine Leterrier. Zdjęcia: Christophe Beaucarne. Audrey Tautou wystąpiła w roli tytułowej i od razu zawołano, że to jej najlepsza rola od czasów „Amelii”. Nie krzywdźmy tak tej biednej „Gwiazdki”. Mam nadzieję, że na koncie ma więcej dużo lepszych ról niż ta ostatnia (i tak dobrze, że nie uznano, że Coco w jej wykonaniu jest lepsza niż Amelia – bo wtedy zwątpiłabym, czy krytycy zastanawiają się nad tym, co mówią). Fizyczne podobieństwo jest być może dostrzegalne, ale przecież nie o to chodzi, by wiernie oddać wygląd bohaterki, ale jej cechy psychiczne, sposób bycia, podejście do świata – te wszystkie aspekty gry aktorskiej Tautou nie przekonały mnie.
Dziwi to, że choć nad scenariuszem pochyliły się aż cztery osoby, to jednak nie stanęły na wysokości zadania. Nie wiem, czy cała czwórka to flegmatycy, ale na pewno brakuje im polotu! Skupili się dokładnie na tych epizodach życia Coco, które są najmniej istotne i najnudniejsze. Rozumiem, że trudno w biografii umieszczać sceny akcji, ale „do stu par trampek” nawet momenty dynamiczne przedstawiono w sposób nudny i monotonny. Życie w sierocińcu – zgadzam się – miało wpływ na osobowość bohaterki, jej romans z Balsanem również, ale to nie są na tyle warte uwagi punkty zwrotne w jej życiu, by robić z nich oś filmu. Dlaczego nie pokazano wielkich „wynalazków” Coco?! Wszak była zaiste wizjonerką i rewolucjonistką. Jej innowacyjność nie polegała wyłącznie na tym, że potrafiła ubrać się w męski strój i jako pierwsza kobieta nosiła spodnie do piżamy. Jej dziełem jest przecież „mała czarna”, zniewalający zapach „Chanel No. 5.”, zaprojektowała również czapkę, w której ładnie jest i męskim i żeńskim amatorom narciarstwa. Poza tym, sceny, w których Chanel pokazana jest w twórczym szale, wyglądają, jakby była pogrążona w melancholii i depresji. Pora przygadać reżyserce i „zdjęciowcowi”: wszystkie obrazy oklepane! Nic nowego po słońcem, żadnych ciekawych ujęć. Ze wszystkich scen w filmie najbardziej podobał mi się fragment pokazujący mężczyzn przy połowie ryb, ale i tak nikt ode mnie nie usłyszy, że była to scena doskonała, czy choćby wybitna.
Postać Coco Chanel była mi znana, zanim wybrałam się na film, więc być może stąd to moje rozgoryczenie i poczucie niezaspokojenia. Za dużo melodramatu, opery mydlanej, za mało akcji, burz, uniesień…
Marta Pawlak (lipiec 2009)
Trochę inny Pinokio
W chatce na skraju wioski pod lasem mieszkali mąż i żona. Byli biedni. Ich jedynym marzeniem było dziecko. -"Cieszcie się, że go nie macie," - mówili ludzie, -"przecież sami nie macie co jeść!" - ale oni odpowiadali: -"Jeżeli najadamy się my, najadłoby się i nasze dziecko. Gdybyśmy tylko jakieś mieli."Pewnego dnia mąż karczował w lesie pnie. Nagle wykopał pieniek, który do złudzenia przypominał dziecko. Trzeba było tylko trochę ociosać go siekierą. Mąż przyniósł pieniek do domu i powiedział żonie: -"Tutaj masz, co chciałaś - dziecko, Ociosanka."
Po upływie 9 miesięcy, pod wpływem matczynej miłości, pniak ożywa i jak na niemowlaka ma gigantyczny apetyt. W jego brzuchu znikają po kolei: kasza, chleb, kot domowników, trzy torby mięsa, aż w końcu...
"Mały Otik" Jana Svankmajera to historia baśniowa, przesiąknięta surrealistycznym poczuciem humoru, tak charakterystycznym dla reżysera. Punktem wyjścia dla obrazu stał się motyw jedzenia, obecny we wcześniejszych dziełach artysty ("Jadło", "Spiskowcy rozkoszy"). Proces pochłaniania, mechanicznego przeżuwania, jest nie tylko determinantą mieszczańskiego świata, ale przede wszystkim tropem kultury. Tak, przetwarzając obrazy codzienności, Svankmajer wprowadza do baśni elementy współczesne. Obok chłopca z drewna natrafiamy na pedofila, bezpłodne małżeństwo, królestwo urzędników.
Film przykuwa uwagę nie tylko ze względu na abstrakcyjne poczucie humoru, czy synkretyzm swiata baśniowego i współczesnego. Dbałość o szczegóły i wspaniała scenografia, to kolejny walor filmów Svankmajera. Postać Otika jest animowana poklatkowo, dzięki czemu widz ma wrażenie, że kawałek drewna to żywa postać, a nie zbitek pikseli. Podobne wrażenie robią wnętrza mieszkań bohaterów. Są brudne, zapaćkane, zagracone- nieustannie przypominają o obecności ludzi. W ten sposób człowiek, a nie celuloid staje w centrum uwagi reżysera.
"Mały Otik" przytłacza. Dbałością o szczegóły, usadowieniem człowieka w świecie jego wyobraźni, zestawieniami fantazji z prozą życia codziennego. Każdy z obrazów Svankamjera to dzieło stworzone w duchu poststrukturaistycznego realizmu magicznego. Są nie tylko doskonałe estetycznie, ale także śmiało podnoszą współczesne problemy do poziomu fantasmagorii.
Grzegorz Ruta (lipiec 2009)
101...
...to numer kodu pocztowego dzielnicy Reykjaviku. Wypełnia ją morze kafejek, sklepów, dyskotek i pubów, a każdej nocy wypływa na nie tłum spragnionych nocnego życia Islandczyków. Pomiędzy brzegami chodnika możemy spotkać rekiny finansjery, foczki i stare flądry. Jednakże wśród wielu pospolitych stworzeń, daje się zaobserwować rzadki, zagrożony wymarciem okaz- Hlynur (Hilmir Snær Guðnason).
Hlynur ma 33 lata, mieszka z matką, otrzymuje pieniądze z renty; rankiem żałuje, że nie może oglądać pornografii, a wieczorami bywa w pubach i dyskotekach. Jego życie płynie mu całkowicie sielankowo, do czasu, gdy poznaje Lolę Milagros (Victoria Abril). Lola to nauczycielka flamenco, kochanka jego matki, a nade wszystko kobieta obdarzona wyjątkową urodą i temperamentem. Na skutek fatalnego splotu wydarzeń Hlynur zostaje ojcem własnego brata, a jego cały niedojrzały mikroświat topnieje jak wiosenny śnieg.
„101 Reykjavik” to wyśmienity komediodramat przypominający nieco „Human Traffic” lub „Trainspotting”. Film Baltasara Kormákura urzeka jednak niesamowitymi zdjęciami i doskonale dobraną ścieżką dźwiękową. Zaśnieżone ulice Reykjaviku i charakterystyczna dla tego miasta, klubowa muzyka doskonale pasują do historii o współczesnym Piotrusiu Panie. Reżyser zręcznie zaadaptował cytaty z książki Hallgrimura Helgasona, przemyślenia na temat świata konsumpcji i zajadłej ambicji. Pozycja jest godna polecenia fanom „Samotnych” Ondříčka; to historia ludzkiej nieporadności w czasach komputeryzacji i społecznej alienacji. Pośród chłodnych krajobrazów odnajdujemy ciepły humor, delikatne uczucia i twarde ściany ludzkich charakterów. Niestety, wszyscy, którzy zetknęli się z książką- pierwowzorem będą rozczarowani. Film koncentruje się mocno na związku Hlynura z Lolą i nie w pełni ukazuje absurd istnienia islandzkiej społeczności. „101 Reykjavik” to doskonałe preludium do poznania skandynawskiej kultury. Zarówno filmy i książki z tych zimnych regionów mogą stanowić antidotum na sentymentalną bohemofilię. Cynizm i dystans do rzeczywistości to specjalność Duńczyków, Szwedów i Norwegów.
„101 Reykjavik” to doskonały wstęp do poznania mentalności narodów z północy oraz nowe spojrzenie na kwestię LGBT. Nie jest to arcydzieło, ale gwarantuje udany wieczór.
Grzegorz Ruta (lipiec 2009)
Ci wspaniali mężczyźni w swoich obcisłych kostiumach...
W mrocznych zakamarkach osiedli czai się zło. Zbiedzy spod sztandaru godności własnej odkręcają koła samochodów i napadają nieświadome ofiary. Emerytom nie starcza do pierwszego, biznes narkotykowy kwitnie w najlepsze, a psy bezkarnie załatwiają się na trawnik. Czy ktoś jest w stanie zatrzymać falę zbrodni? Czy znajdzie się bohater na miarę naszych czasów? Tak, poznajcie Marchewmena.
Ma dwa kierunki studiów, cztery certyfikaty językowe i cztery pięćdziesiąt na rękę na godzinę. Marchewmen, a prywatnie Romek (...) to bohater nieszablonowy. Oprócz spuszczania manta przestępcom, porywa się na pomoc emerytom, czy innym ofiarom polskiej rzeczywistości. Tym razem to właśnie ona staje się przedmiotem gagów trójmiejskiego reżysera.
Najnowszy film Abelarda Gizy „W stepie szerokim...” to doskonały paszkwil na szaro-betonową, poprzetykaną kolorowymi kłamstwami codzienność. Oprócz charakterystycznego motywu ‘Pauperomachii’(epicka wizja walk dresiarzy, meneli, czy studentów), reżyser stara się obnażyć absurdy polskiej rzeczywistości. Do parady drobnych złodziejaszków i krętaczy dołączają różnej maści pseudointeligenci: dziennikarze, politycy, czy quasi-filozofowie. Zestawiając te dwa pozornie odległe światy, Abelard Giza uzyskał efekt humoryzmu [patrz Umberto Eco], tak często mylonego z dowcipem absurdalnym. Jest wyjątkowo utalentowanym akolitą kultu Monty Python’a, a jego dzieła to kopalnia cytatów.
Niestety „W stepie szerokim” nie ustrzegło się wad. Film koncentruje się na ośmieszaniu paradoksów IV Rzeczpospolitej przez co niebezpiecznie zbliża się do parodystycznych programów Jacka Fedorowicza. Przez tego typu gagi film znacząco traci rytm oraz staje się dość nieaktualny (w przeciwieństwie do „Wożonka”, czy „Wyścigu żurów”). Kuleje też ścieżka dźwiękowa. Utwory nie wnoszą nic nowego do produkcji, po prostu są obecne. Jest to zdecydowany krok w tył w odniesieniu do poprzednich filmów Gizy.
Pomimo niedociągnięć, „W stepie szerokim” broni się doskonałym scenariuszem oraz bardzo dobrymi kreacjami trójmiejskich aktorów. Na szczególną uwagę zasługuje cameo Marka Branda (gdańskiego reżysera i aktora) jako clowna- handlarza żywym towarem. Pośród otaczającego oceanu komediowych kalek oraz płaskich gagów, wyspa filmów Abelarda Gizy staje się bezpieczną przystanią. Przystanią żartów, które w humorystycznym świetle zniekształcają idee, nie zadowalając się prostackim szyderstwem.
Grzegorz Ruta (lipiec 2009)
Kiedy spotkają się trzy wielkie nazwiska…Czyli o Tataraku Andrzeja Wajdy
Tatarak – najnowszy film Andrzeja Wajdy – to historia o dramacie ludzkiego życia, w którym miłość i śmierć ustawicznie się ze sobą przeplatają. To film o trudzie egzystencji, o nieustannym przechodzeniu wszelkiego życia w śmierć oraz o rozczarowaniu życiem kobiety dojrzałej, kobiety umierającej, ale niespełnionej. Scenariusz filmu jest adaptacją Andrzeja Wajdy i Olgi Tokarczuk opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, Tatarak. Integralną jego częścią jest opowiadanie Sándora Máraiego, Nagłe wezwanie, które w niewielkim stopniu rozbudowuje fabułę bardzo krótkiego opowiadania Iwaszkiewicza (ma około trzydziestu stron w formacie A6). Aby film mógł być zaprezentowany w kinie – na czym Wajdzie bardzo zależało, w jednym z wywiadów przyznał, iż uważa to za swój obowiązek względem Iwaszkiewicza, z którym łączyła go wieloletnia przyjaźń – do scenariusza podstawowego dodano jeszcze dwie warstwy – monolog Krystyny Jandy; oparty na jej zapiskach pochodzących z ostatniego okresu życia jej męża, wybitnego operatora, Edwarda Kłosińskiego; oraz film o tym, jak powstał Tatarak, czyli urywki z planu filmowego. Dzięki temu nowatorskiemu zabiegowi film łączy trzy rodzaje sztuki – literaturę, teatr i nowoczesną technikę filmową wywodzącą się z tradycji filmów nagrywanych na DVD, do których często dołącza się urywki z planu zdjęciowego. Pod tym względem Tatarak Andrzeja Wajdy wnosi innowacyjne rozwiązania techniczne do polskiego kina, co zostało docenione i wyróżnione na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie, nagrodą im. Alfreda Bauera, przyznawaną filmom pełnometrażowym za innowacyjność. Iwaszkiewicz – Wajda – Janda. Trzy wielkie nazwiska polskiej sztuki, których spotkanie na terenie Tataraku wypadło naprawdę korzystnie.
Każda z warstw filmu sama w sobie jest prawdziwym arcydziełem w swojej dziedzinie. Opowiadanie Iwaszkiewicza zostało w sposób bardzo wierny, ale jednocześnie oryginalny, ciekawy i bardzo malowniczy (a to głównie za sprawą scenografii i zastosowania nowoczesnych technik zdjęciowych) przeniesione na szklany ekran. O artyzmie adaptacji zadecydował zarówno kunsztownie opracowany scenariusz, jak i doskonała gra aktorska największych talentów polskiej sceny – Krystyny Jandy, Jana Englerta oraz Jadwigi Jankowskiej-Ceiślak, którzy z właściwym sobie artyzmem odnaleźli się w swoich kreacjach. Bardzo dobrze wykreował swoją postać także Paweł Szajda. Wzruszający monolog Krystyny Jandy natomiast to majstersztyk monodramu scenicznego, którego – jak wiadomo – aktorka jest mistrzynią. Warstwa opowiadająca o powstaniu filmu to sui generis dramatyczna ekspozycja wydarzeń związanych z filmem, oswajaniem tekstu Iwaszkiewicza. Temu służy zwłaszcza fenomenalna scena, w której Andrzej Wajda rozmawia z Krystyną Jandą o Tataraku Iwaszkiewicza i prosi ją o przeczytanie fragmentu wprowadzającego do opowiadania, który stanowi o sensie całego przekazu. Scena ta jest zrobiona po mistrzowsku, pomimo iż trzeba przyznać, że warstwa opowiadająca o powstaniu filmu wypadła stosunkowo najsłabiej. Motywem łączącym wszystkie warstwy, które przeplatają się ze sobą w filmie, jest rozważanie na temat egzystencji ludzkiej, jej kruchości i dramatu życia ludzkiego, jakim jest nieustanne zmierzanie do śmierci. Połączenie ich wyszło bardzo korzystnie, aczkolwiek nie obyło się bez pewnych niedociągnięć.
Długie i bardzo angażujące odbiorcę monologi Krystyny Jandy przytłaczają nieco opowiadanie Iwaszkiewicza, które w zamyśle reżysera miało stanowić podstawę przekazu, a staje się jakby tłem dla wypowiedzi Jandy. Przeszkadzają też nieco zbyt częste i przydługie – zwłaszcza na początku – urywki z planu filmowego. Na pewno z korzyścią dla filmu byłaby ich minimalizacja. Mimo jednak tych drobnych szczegółów psujących nieco całokształt, Tatarak to przecież prawdziwie ambitne dzieło sztuki filmowej, które „wśród tandety lśni jak diament”. Dzieło wybitne, przeznaczone dla wąskiego kręgu odbiorców, czyli typ kina, jakiego zdecydowanie dzisiaj brakuje. Film, którym się żyje. Film o życiu, śmierci, zawiedzionych nadziejach, o sztuce i utracie bliskiej osoby. Film-wieczny pomnik postawiony Edwardowi Kłosińskiemu przez jego żonę – Krystynę Jandę oraz przyjaciela – Andrzeja Wajdę. Całość dopełniają: dopracowana do perfekcji i bardzo wiernie odzwierciedlająca realia opowiadania Iwaszkiewicza dekoracja wnętrz stworzona przez Wiesławę Chojkowską, fenomenalna scenografia Magdaleny Dipont oraz najwyższych lotów zdjęcia Pawła Edelmana, które w niezwykły sposób oddają piękno i soczystość krajobrazu. Na uwagę zasługuje także muzyka, skomponowana przez Pawła Mykietyna, która doskonale współgra zarówno z treścią opowiadania Iwaszkiewicza, jak i całego filmu Wajdy. Jest to muzyka bardzo spokojna, wyciszająca, oddająca spokój letniego popołudnia, w czasie którego rozgrywają się główne sceny opowiadania. Jednocześnie jest jakby odgłosem życia naznaczonego śmiercią. Podsumowując, Tatarak to kolejne arcydzieło mistrza, wprowadzające nowatorskie rozwiązania do polskiego kina.
Moja ocena: 10/10. Zainteresowanych szczegółami dotyczącymi powstawania filmu odsyłam na stronę internetową filmu: http://www.filmtatarak.pl/
Weronika Gołębiowska (lipiec 2009)
Genua. Włoskie lato
11-letnia Mary (Perla Haney-Jardine) i 16- letnia Kelly (Willa Holland) wraz z ojcem (Colin Firth) wybierają się na rok do Genui, by zapomnieć o dramatycznym wydarzeniu w ich życiu – śmierci matki. Kto z nas nie chciałby spędzić upalnego, leniwego lata we Włoszech! Włóczyć się malowniczymi uliczkami Genui, wylegiwać na plaży, zwiedzać stare kościoły i kapliczki...
Jednak wszystko to jest tylko z pozoru sielskie. Mała Mary, nękana wyrzutami sumienia, nie może uporać się ze stratą matki. Piękna Kelly zaczyna się buntować, przeżywa pierwsze doświadczenia erotyczne i przygody z używkami. Ich ojciec Joe podczas pracy na uniwersytecie flirtuje z młodą studentką. Każdy z nich na swój sposób cierpi po stracie najbliższej osoby, czuje się obco w nieznanym kraju. Bohaterowie dosłownie gubią się wśród wąskich ciemnych uliczek, gdzie za każdym rogiem może czaić się niebezpieczeństwo, błąkają się po mieście, nadbrzeżnych lasach i katedrach. Obcy, nieznany krajobraz w idealny sposób oddaje stan ich psychiki i uczuć. Błądzenie w realnym świecie jest tak naprawdę bolącym zagubieniem we własnej duszy.
Film jest z pozoru bez akcji, ciągnie się leniwie. Jednak dla uważnego widza będzie on niezwykle ciekawym obrazem wewnętrznego dramatu bohaterów, lirycznym, pięknie sfotografowanym wizerunkiem cierpienia i zagubienia.
Moja osobista ocena (10/10)
Magdalena Gostkowska (lipiec 2009)  Muzyka / Informator kulturalny / Książki i poezja / Teatr i opera / kino / Forum kultury Wystawy / Literatura / Radio on-line / Fotografia / Organizacja imprez Aukcje on-line / Fotorandki / Spis treści portalu / Reklama Portal Mudzaba.pl Kolektyw Sztuki Kultura i sztuka w Trójmieście |