Psychodeliczny Hamlet multimedialny
Legendarna grupa teatralna „The Wooster Group” pod „przewodnictwem” jeszcze bardziej legendarnej reżyserki Elizabeth Le Compte, podczas Festiwalu Szekspirowskiego uraczyła widzów Hamletem. Cóż to było za show!
Konferencja Blending Media z tematem multimedialności trafiła w punkt. Na scenie Teatru Muzycznego ustawiono trzy plazmy, na każdej z nich mogliśmy oglądać jakiś inny szczegół. Na tylnej ścianie olbrzymi ekran. Cały spektakl opierał się na dialogu między sztuką odgrywaną na scenie, a tą samą sztuką zarejestrowaną na taśmie filmowej.

Podjęcie tego dialogu zespół uzasadnia: „Postanowiliśmy stworzyć naszego Hamleta, miksując i zmieniając innych Hamletów wcześniej wyreżyserowanych. Przede wszystkim oparliśmy się na broadwayowskiej produkcji z 1964 roku z Richardem Burtonem w roli głównej […] Podejmując wysiłek dostosowania się do nowej epoki, (film zastępował wówczas teatr) produkcję z udziałem Burtona przekształcono w film. Przedstawienie zostało nagrane podczas występu na żywo, skręcone kamerami z 17 różnych punktów i pokazane jedynie przez 2 dni w 2000 kin na terenie Stanów Zjednoczonych. Chodziło o to, aby dać możliwość uczestniczenia w przedstawieniu tysiącom widzów jednocześnie. Wydarzenie było reklamowane jako nowa forma zwana „teatrofilmem”, możliwa dzięki „cudowi elektrowizji”. W naszym „Hamlecie” staramy się odwrócić ten proces, rekonstruując hipotetyczne przedstawienie teatralne na podstawie fragmentarycznego dowodu w postaci nagrania wideo. „Przykrywamy” film, celowo nakładając nasz ruch i głos na ruch i głos ze spektaklu z 1964 roku. Powstałe w ten sposób napięcie pomiędzy filmem a przedstawieniem na żywo może być swego rodzaju zamazaniem, połączeniem, rozmową…”

A owo napięcie było wyraźnie odczuwane!
Aktorzy rzeczywiście dokładali wszelkich starań, by ich ruchy były kompatybilne z filmem. W miejscach, w których film się zacina, kadr przeskakuje próbują to zjawisko dokładnie naśladować, przez co ich ruch jest aharmonijny, sztywny, przerywany, co momentami wygląda dość groteskowo. Nawet scenografia porusza się w rytm zaburzeń wizji, a przy zmianie ujęcia przesuwana jest tak, by widzowie mogli oglądać ją z tej samej perspektywy, co na filmie. Nie tylko nagranie filmowe było naśladowane, ale również sam proces twórczy. Gdy Hamlet zapomniał kwestii zrobiono jakby „cięcie” i przez chwile oglądaliśmy aktorów, którzy pozornie wyszli z roli. Główny bohater potrafił nawet zatrzymać, lub przewinąć film.
Oprócz dzieła z Burtonem, wykorzystano też fragment innej adaptacji filmowej (wyreżyserowanej w 1996 roku przez Kennetha Branagha). Spektakl wzbogacony został dodatkowo przez pieśni Leartesa w wykonaniu zespołu The Fischerspooner (powstały specjalnie do tego przedstawienia). Zapożyczono również elementy właściwe telewizji. W momentach zaskakujących, po kwestiach bardziej kąśliwych i dowcipnych słychać było salwy śmiechu właściwe serialom komediowym. Dodatkowo wpleciono również filmik ilustrujący szykowanie się Leartesa do podróży. Ten filmik przypominał z kolei amatorskie nagranie, domową kamerą które robi się po to, by zachować pamiątkę.
Jak już pisałam wyżej, spektakl był odtwarzaniem filmu, ale sam też odgrywał się przed kamerą. Umieszczono ją na proscenium. Miała bardzo wąski kadr, co umożliwiało przedstawienie niewielkiej tylko cząstki rzeczywistości, jednak uchwyciła i podkreślała istotne szczegóły – np. krzyżyk na szyi Króla, który zwierza się przed Bogiem ze swej zbrodni.
Ta zabawa w multimedialność przysparzała o schizofrenię. Widzimy dwa przenikające się światy. Świat nierzeczywisty, uwieczniony na ekranie, z aktorami rozmazanymi, znikającymi i pojawiającymi się nagle i świat rzeczywisty – świat odgrywany na scenie, gdzie aktorów obserwujemy przez cały czas. Głos, którego nie możemy od razu zlokalizować – pochodzi ze sfery filmu, czy teatru? Atmosfera napięcia, szaleństwa, dynamika przedstawienia nie pozwala widzom na przyśnięcie przy wszak bardzo dobrze znanej sztuce, klasyka dramatu.
Aktorzy, jak w szpitalu psychiatrycznym – pozbawieni własnej tożsamości, zamknięci, być może znudzeni – wyświetlają sobie film o bohaterze tak podobnym do nich samych (również zawieszonym, opanowanym przez szaleństwo) bawią się w odgrywanie filmu.
Scenografia sprzyja takiej interpretacji. Zamiast krzesła jest fotel inwalidzki, stół rodem z prosektorium, pielęgniarka przebiegająca przez scenę i maseczki na twarzach. Ot i szaleństwo iście szekspirowskie!
Marta Pawlak (07.08.2009)