„Fantazy” u Gombrowicza
„Fantazy” Juliusza Słowackiego w reżyserii Piotra Cieplaka to najnowsza propozycja Teatru Miejskiego w Gdyni. Propozycja, która okazała się sukcesem uwspółcześnionego Słowackiego, Cieplaka oraz aktorów.
Spektakl został zrealizowany w konwencji słuchowiska radiowego. Aktorzy więc, oddzieleni od widowni podłużnymi szybami, zostali ukazani w scenerii studia radiowego, w którym deklamują do mikrofonu, niekiedy też czytają ze skryptu, swoje kwestie oraz odgrywają za pomocą różnych trików i rekwizytów towarzyszące im dźwięki. Za aktorami znajduje się telebim udający okno wychodzące na jedną z gdyńskich ulic, za którym widzimy spacerujących gdynian, często ze swoimi czteronożnymi pupilami. Słuchowisko zapowiada i komentuje nieco nadpobudliwy i niezwykle spontaniczny spiker Radia Gombrowicz – Ławryn (Mateusz Ławrynowicz), siedzący w budce przylegającej do studia nagrań.
Pomysł Piotra Cieplaka na realizację dramatu Słowackiego okazał się niezwykle trafny, pozwolił bowiem reżyserowi na efektowne połączenie piękna dziewiętnastowiecznego języka Słowackiego z realiami współczesnymi widzowi XXI wieku. Cieplak nie przepisuje Słowackiego, nie stara się w żaden sposób uwspółcześnić języka poety, nie porusza problemów współczesnych w głównym planie sztuki, którym jest słuchowisko, on nawet nie interpretuje. Cieplak wyraźnie ucieka od przedstawiania swojej wizji „Fantazego”. W ciekawej i nowatorskiej formie prezentuje oryginalny tekst w postaci słuchowiska radiowego, ale nie rozkłada w nim po swojemu akcentów, chowa swoją interpretację pod warstwą tekstu oryginalnego. Przy czym trzeba podkreślić, że przedstawienie jest przemyślane i bardzo spójne.

Współczesność wkracza natomiast do „Fantazego” na zasadzie rzeczywistości naddanej do tekstu Słowackiego, realizującej się w postaci konkursu radiowego, komentarzy słuchaczy radia czytanych przez spikera oraz jego własnych kwestii czy też w postaci okna, które wprowadza na scenę bohatera XXI wieku. Jest więc tu współczesność tylko tłem dramatu. Tło to jednak jest niezwykle znaczące w spektaklu Cieplaka. Otwiera ono bowiem sztukę na refleksję nad kondycją dzisiejszego człowieka oraz nad kulturą masową, jej kiczowatością, tandetnością i miałkością, czego wzorcowym przykładem jest postać spikera radiowego. Jego komentarze są typową dziennikarską papką słów – jakże znamienną dla naszych czasów – z której w zasadzie niemożliwością jest wyłowienie jakiegokolwiek sensu. Różowy Mercedes – główna nagroda w konkursie radiowym – to wyraz kiczowatości wszechobecnej w naszej rzeczywistości. Jednak najbardziej druzgocący obraz współczesności stanowią zdecydowanie komentarze słuchaczy, które w przeważającej części świadczą o ich szalenie niskim poziomie intelektualnym. Niestety, każdy, kto choć raz przeglądał różnego rodzaju fora internetowe wie, iż zaprezentowane w spektaklu komentarze wcale dużo nie odbiegają poziomem od swoich rzeczywistych wzorców. Jest więc oprawa „Fantazego” swego rodzaju groteską na współczesną rzeczywistość, od której jakby trochę na zasadzie kontrastu odbija się magia minionej epoki, której symbolem jest dziewiętnastowieczna polszczyzna wspaniale przywrócona do życia przez gdyńskich aktorów.
Ciekawemu pomysłowi inscenizacyjnemu towarzyszy drobiazgowe dopracowanie każdego szczegółu spektaklu. Cieplak wyraźnie panuje nad całością przedstawienia, nic tu nie dzieje się przypadkiem, każdy element sztuki ma swoje znaczenie i jest w pełni uzasadniony. Nawet wybór ulicy, na którą wychodzi okno studia nagrań, nie jest z pewnością przypadkowy – jest to bowiem miejsce spacerów mieszkańców Gdyni z pieskami, a pies – wierny przyjaciel Fantazego – w dramacie Słowackiego ma przecież także swój epizod. Tak więc nawet widok zza okna dopasowany został tematycznie do treści dzieła, choć ma też swoje niedociągnięcie. Nagranie bowiem przedstawia krajobraz zimowy, który będzie groteskowo wręcz wyglądał latem, czy chociażby w pełni wiosny – co nastąpi przecież już niedługo – jesienią natomiast będzie straszył widzów widokiem srogiej zimy i tym samym psuł im humory. Czy więc gdyński teatr „Fantazego” będzie wystawiał tylko zimą?
Scenografia autorstwa Andrzeja Witkowskiego jest dość ascetyczna, za to każdy jej element pełni podwójną funkcję – nie tylko organizuje przestrzeń sceniczną, ale także służy do imitowania przez aktorów dźwięków, takich jak skrzypienie drzwi, czy też odpowiedni odgłos kroków zależny od podłoża, po jakim stąpa postać. Zarówno scenografia, jak i rekwizyty reprezentują wysoki poziom, nie trącą tandetą, co niestety czasami w teatrze ma miejsce, a przy tym dobrze wyrażają zamysł reżyserski. Ciekawym rozwiązaniem są szyby oddzielające aktorów od widowni. Dzięki temu zabiegowi został stworzony swoisty klimat radiowego studia nagrań. Ruch sceniczny jest naturalny, nieudramatyzowany, podporządkowany konwencji słuchowiska radiowego. Najsłabszą stroną spektaklu jest natomiast oświetlenie – miejscami twarze aktorów są niewidoczne, znajdują się w cieniu, co jest oczywistym błędem.
Zdecydowanym walorem spektaklu jest gra aktorska. Praktycznie wszyscy aktorzy zagrali bardzo dobrze. Najmniej przekonała mnie Anna Iwasiuta w roli Helenki, pokojowej Idalii. Po pierwsze, stworzyła postać nieco zbyt ordynarną. Po drugie, jej krzyk, kiedy Idalia wychodziła na spotkanie z Fantazy na cmentarzu, był po prostu niewyraźny, osobiście zrozumiałam z niego tylko jedno słowo, reszty musiałam się domyślić. Mistrzowską kreację stworzył natomiast Eugeniusz Krzysztof Kujawski w roli rosyjskiego Majora, który z butnego Rosjanina, zmienia się w ostatniej scenie w dobrotliwego starca, dzięki któremu każdy z bohaterów zyskuje szczęście. Kujawski zagrał niezwykle ekspresywnie. Prawdziwym popisem zdolności aktorskich była śmierć Majora i jego przedśmiertna spowiedź, podczas której głos aktora stopniowo zamierał, stawał się coraz cichszy, a wraz z jego gaśnięciem stopniowo wygaszało się światło. Jest to zdecydowanie najlepsza scena tejże inscenizacji. W rolę Fantazego wcielił się – świętujący dwudziestopięciolecie pracy artystycznej – Dariusz Siastacz. Stworzył on postać pełnokrwistą, pewną siebie i niezwykle czarującą, czyli właśnie taką, jaką powinien być Fantazy. Bardzo ekspresywnie zagrała Katarzyna Bieniek, kreując postać Stelli na trochę szaloną siostrę Dianny, w którą wcieliła się Olga Barbara Długońska, tworząc postać bardzo stateczną i szacowną. Natomiast Dorota Lulka w roli Idalii stworzyła prawdziwą romantyczną feminę, pewną siebie i swoich celów.
„Fantazy” okazał się więc prawdziwym sukcesem gdyńskiej sceny, powiększył dorobek artystyczny swojego reżysera o jeszcze jedno niezwykle udane dzieło teatralne oraz udowodnił, że magia poezji Słowackiego wciąż zachwyca.
Weronika Gołębiowska (marzec 2010)
Fot.: Marcin Marzec, źródło: http://www.teatrgombrowicza.art.pl/.
Zmierzch bogów
Gasną światła. Publiczność tonie w ciemności. Scena pierwsza. Białe snopy światła wydobywają z mroku postaci. Sophię (Dorota Kolak) ubierającą w kobiece fatałaszki syna (Piotr Domalewski) oraz spierających się ze sobą Fridricha (Mariusz Bonaszewski) i Herberta (Cezary Rybiński) – ideologicznych wrogów. Scena druga. Trzy wiedźmy w przebraniach esesmanów przepowiadają przyszłość Fridricha – współczesnego Makbeta. Scena trzecia. Chaotyczna. Cieplejszy odcień światła. Poznajemy rodzinę Essenbecków. Zasiadają przy stole, aby uczcić urodziny głowy rodu – Joachima (Krzysztof Gordon). Eleganckie stroje, klasyczna muzyka, porcelanowa zastawa – atrybuty burżuazyjnego domu. Wszystko jak z obrazka… Gdyby nie Martin w kabaretkach i piórkowym szalu, Konstantin (Krzysztof Matuszewski) pogardzający synem i Aschenback (Grzegorza Falkowski) dyskretnie przyglądający się gościom. Rodzina Essenbacków.

Muzyka, światła, dekoracje – doskonale budują nastrój. Dwie stalowe ściany umieszczone w głębi sceny (zaprojektowane przez Barbarę Hanicką, wyprodukowane w stalowni Essenbacków?) porażają swoją prostotą i dosłownością. Odbijające się od nich światła oddają atmosferę scen i charakter postaci. Sophia w czerwonym blasku jest kobietą namiętną, bezwzględną, żądną władzy. Fantastyczną kreację stworzyła Dorota Kolak – niedostępnej matki, dominującej kochanki, dwulicowej siostry.
Świat w „Zmierzchu bogów” (reż. Grzegorz Wiśniewski) to czas narodzin nazizmu. Ale czy każdy system polityczny nie jest pewną formą totalitaryzmu? Surowe światło padające na Elisabeth (Marta Jankowska) w trakcie przesłuchania podkreśla bezduszność systemu, wobec którego wszyscy są podejrzani. Dystans pomiędzy władzą a petentem wymownie podkreśla długi stół. Bezwzględność systemu oddaje natomiast głuchy dźwięk maszyny do pisania. Sytuacja bez wyjścia.
Przełomową sceną jest swoista spowiedź Martina. Z samotnego, nieszczęśliwego, pogardzanego mężczyzny rodzi się pozbawiony skrupułów, zaślepiony żądzą zemsty potwór. Obserwujemy upadek człowieka, który wyzbywa się swojego człowieczeństwa. Zwrócony do ściany, trzęsący się, nagi walczy z wyrzutami sumienia. Posłuchawszy rad Aschenbacka – krzewiciela nowego systemu – pozbywa się ich. Już nic go nie powstrzyma… Czy dosięgnie go kara?
Intrygująca jest suknia ślubna Lady Makbet i strój jej męża. Czyżby postaci w „Zmierzchu bogów” były tylko marionetkami? Los Sophii i Friedricha leży w rękach Martina. Dziedzic rodu targany natomiast pragnieniem zemsty poddaje się swym żądzom. I namowom kuzyna. Czy w takim razie to Aschenback jest twórcą tej intrygi? A może jego wiara w nowy system jest wszystkiemu winna? Czy to wobec tej siły Elisabeth była bezsilna?
„Życie jest cieniem ruchomym jedynie, nędznym aktorem, który przez godzinę pyszni i miota się po scenie, aby umilknąć później na zawsze: jest bajką opowiedzianą przez głupca, pełnego furii i wrzasków, które nic nie znaczą”.
Makbet
Czyżby dlatego kurtyna nie opada?
Małgorzata Kwiatkowska (grudzień 2009)
Wolność wiodąca lud na barykady! [AAFF]
Gdyby mój artykuł przybrał formę multimedialną, w tym miejscu rozbrzmiałaby Marsylianka grana na gitarze elektrycznej. Tak, to byłoby dobre wprowadzenie do tematu. A ten temat to spektakl „Sprawa Dantona” w reżyserii Jana Klaty, który mieliśmy okazję oglądać w przestrzeni Teatru Wybrzeże podczas All About Freedom Festival.
2 godziny 40 minut. Taką informacją powitano mnie przy wejściu na salę. Moja reakcja: „o Jezu!” Ale gdy dawałam owacje na stojąco, nie sądziłam, że koniec nadejdzie tak szybko.
Sprawa Dantona to sztuka Stanisławy Przybyszewskiej, napisana jako dramat polityczny. Klata zrobił z niego raczej farsę polityczną, moim zdaniem, trafniej pokazując, jak naprawdę wyglądają rządy, jacy są politycy, jak myślą i co robią.

Sztuka jest mistrzowsko skonstruowana. Nie wiem, na ile oddam tu odczucia całej, czy choć większości publiczności, ale mój odbiór dwóch głównych postaci: Robespierre’a i Dantona przypominał sinusoidę. Już tłumaczę, o co mi chodzi: na początku sympatyzowałam z Dantonem. Robespierre, leżący w wannie, przypominający menela nie bardzo budził sympatię i zaufanie. Następnie stwierdziłam, ze Danton jest zakłamany. Manipuluje mediami (co, jako przedstawicielka owych, nie omieszkałam od razu zauważyć), nie szanuje żony (to również wzbudziło moją niechęć jako genderystki), cieszy się poparciem ludu, choć sam tym ludem gardzi, a co gorsza – bratał się z Anglikami.
Myślałam, że już na dobre stanęłam po stronie Robespierre’a, zupełnie inaczej przedstawionego w spektaklu niż w podręcznikach od historii. Tu jawi się jako idealista, nie chce zamieniać Placu Rewolucji w rzeźnię, chroni Dantona przed spotkaniem z madame la guillotine tak długo jak się da, bo nie chce dopuścić się aktu terroru. Jest wrażliwy, trochę zakompleksiony. Niestety Danton i jego zwolennicy nie pozostawiają wodzowi jakobinów wyboru. I tu kolejny przewrót w moim odbiorze. Danton wydaję się być niesprawiedliwie sądzony. Robespierre ucieka się do terroru, którego dotąd był zaciekłym wrogiem. Na samym końcu, gdy już i sam „Nieprzekupny” chyli się ku upadkowi, po raz kolejny zyskuje sympatię.
Realizacja: Scenografia to Paryż z kartonów; kostiumy – z epoki, dbałość o szczegóły (żona Desmoulinsa nosi suknię typu empire), wszyscy koniecznie w perukach; muzyka – współczesna (T-Rex: Chlidren of the revolution, Tracy Chapman: Talkin’ ‘bout a revolution); gra aktorska – wyśmienita (Robespierre - MARCIN CZARNIK, Danton - WIESŁAW CICHY, Saint-Just - WOJCIECH ZIEMIAŃSKI, Desmoulins - BARTOSZ PORCZYK, Delacroix - ANDRZEJ WILK, Westermann - TADEUSZ SZYMKÓW, Philippeaux - EDWIN PETRYKAT, Billaud - MIROSŁAW HANISZEWSKI, Legendre - RAFAŁ KRONENBERGER, Fouche - MICHAŁ OPALIŃSKI i wielu innych).
Jak już pisałam na początku, Klata przerobił dramat w farsę. Trzeba jednak zaznaczyć, że zrobił to wyjątkowo dobrze. Wszelkie komiczne wtrącenia były nienachlane, błyskotliwe i zaskakujące, jak Danton, który przed sądem mającym skazać go na ścięcie tańczy do piosenki: „Do you really want to hurt me”, albo jak Robespierre wygrywający na pile spalinowej Marsyliankę.
Spektakl był genialny. A na koniec zostawiam Państwa z pytaniem Robespirre’a: ale czy ludzie są stworzeni do tego, by być wolnymi?
Marta Pawlak (listopad 2009)
Nie-wolność we własnym domu. Pani z Birmy [AAFF]
Wchodzimy do teatru, z głośników dochodzi nas głos czytający wiadomości dotyczące Birmy. Widzimy podest wśród roślin, na podeście mata, garnek, mikrofon. Za podestem ustawiono dwa ekrany. Na nich, jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu widzimy obraz komputera. Realizator przegląda witryny w poszukiwaniu informacji dotyczących Aung San Suu Kyi. To jej poświęcony został ten niezwykły performance.

Dlaczego piszę performance? Zdecydowanie nie widzieliśmy klasycznego spektaklu teatralnego. Przedstawienie było raczej reportażem radiowym podwójnie ilustrowanym. Z offu słyszeliśmy relacje mężczyzn, którzy poznali Suu Kyi, opowiadali o jej życiu, o jej zamknięciu w areszcie domowym, o jej ojcu, o mężu i dzieciach, o jej działalności politycznej. Dźwięki zilustrowane zostały poprzez pokaz zdjęć wyświetlanych na ekranach a ponadto ilustrowanie treści odbywało się również na scenie. Grażyna Barczewska wcieliła się w postać birmańskiej bohaterki. Jej pantomima była bardziej liryczna, w kontraście z realistycznymi, autentycznymi zdjęciami Suu Kyi.
Spektakl przybrał raczej formę dokumentalną niż artystyczną.
Reżyserka, Anna Smolar została zacytowana w folderze festiwalowym: „Poznając historię życia Aung San Suu Kyi, zrozumiałam, że nic nie jest tak silne i sugestywne jak czyste fakty. Wobec takiego tematu, którym jest los Aung San Suu Kyi i historia współczesnej Birmy, mam wrażenie, że literatura jest bezradna i naiwna, że forma dokumentalna może być jedyną słuszną formą opowieści. Że jedynie taki typ narracji może przybliżyć nam historię tej niezwykłej kobiety, która dzisiaj, w tej chwili, walczy z mrocznym reżimem i podejmuje dramatyczne decyzje. Dokumentalny charakter spektaklu pozwala nam zadać pytanie o to, co nas łączy z historią Birmy, kraju zupełnie nam obcego i może obojętnego”.
W jaki sposób „Pani z Birmy” wpisuje się w tematykę festiwalu? Główna bohaterka to bojowniczka o wolność Birmy. W jej ojczyźnie panuje dyktatura wojskowa, to właśnie „Pani” nawoływała do walki z reżimem. W tekście reportażu porównano ją do Lecha Wałęsy. Nie tylko byli zmuszeni do stawienia czoła własnym rodakom uciskającym kraj. Oboje też byli laureatami Pokojowej Nagrody Nobla.
Aung San Suu Kyi urodziła się 19 czerwca 1945 roku w Rangunie w Birmie. W wieku 15 lat wyjechała z matką do Delhi, gdzie studiowała na tamtejszym uniwersytecie. Następnie przeprowadziła się do Anglii. Uczęszczała na zajęcia na Oxfordzie. Wyszła za mąż za Anglika, któremu urodziła dwóch synów: Alexandra i Kima. W 1988 roku wróciła do Birmy, by opiekować się chorą matką i tam już pozostała. W kraju panował niepokój polityczny. Fala protestów przeciwko juncie. Suu Kyi poparła opozycję. Stanęła na czele Narodowej Ligii na rzecz demokracji. Zawsze była zwolenniczką bezkrwawej walki, przewrotu na drodze dialogu. Wielokrotnie osadzana w areszcie domowym. Wciąż walczy.
Marta Pawlak (listopad 2009)
"Kamień" w Teatrze Wybrzeże
Relacja Kasi:
Pani tego nie zauważyła, ale dom był zawsze zamieszkany” – o Kamieniu Adama Nalepy
Spektakl Kamień wyreżyserowany przez Adama Nalepę i grany w Gdańskim Teatrze Wybrzeże pokazuje, podobnie jak sztuka Mariusa von Mayenburga, na której został oparty, mechanizmy zakłamywania historii.
Symbolem tego procesu staje się tytułowy kamień. Córka (Heidrun) i wnuczka (Hanna) Withy, której wspomnienia są tu przywoływane, powinny wierzyć, że kamieniem rzucano w jej męża (Wolfganga) za to, że opłacił ucieczkę znajomym Żydom (rodzinie Schwarzmannów). W rzeczywistości Wolfgang był nazistą, Żydów zadenuncjowała najprawdopodobniej Witha, a kamieniami wybijano okna w przejętym przez nich domu Schwarzmannów, myśląc, że nadal mieszkają tam Żydzi. Kamień to nie tylko słowo padające w rozmowach bohaterów, jest on także jednym z nielicznych rekwizytów pojawiających się w przedstawieniu, co dodatkowo podkreśla niemal materialną obecność na scenie dwóch wariantów historii. Kamień się zakopuje, odkopuje, pragnie wyrzucić lub zabrać ze sobą albo wręcz pochować...
Wiarygodność rodzinnej historii jest nieustannie podważana poprzez sceny ukazujące, jak rzeczywiście wyglądały przywoływane zdarzenia, oraz poprzez nieustanne demaskowanie teatralnej fikcji. Kulisy zostają przeniesione bezpośrednio na scenę (aktorki popijają wodę, wydmuchują nosy), dochodzi do sytuacji tradycyjnie kojarzonych z próbami (czytanie roli Wolfganga przez jedną z aktorek, wzajemne zachęcanie się aktorek do tego), sceny bardzo wyraźnie rozdziela się informacjami z didaskaliów o czasie akcji oraz poprzez gaszenie światła i specyficzny dźwięk. Podkreślaniu umowności gry aktorskiej służy także świetne rozwiązanie zawiłości temporalnych sztuki: Justyna Bartoszewicz gra jednocześnie 3 postaci: Hannę, Heidrun z 1951 i 1978 roku oraz Withę z roku 1935, a Marzena Nieczuja-Urbańska – Heidrun współczesną i jej matkę z roku 1951 i 1978 (właśnie te dwie aktorki szczególnie wyróżniały się w trakcie przedstawienia).
To posunięcie pozwala także na wprowadzenie ciekawej dwuznaczności – list Wolfganga zakończony słowami „Heil Hitler” i demitologizujący rodzinnego bohatera czytają na zmianę trzy aktorki: Lipińska, Urbańska i Bartoszewicz. Można uznać (interpretację taką faworyzuje scenariusz), że widzimy na scenie Withę z różnych okresów jej życia, że reżyserowi zależało na ukazaniu jej nieustannego zmagania się z treścią tego listu i długotrwałości procesu zakłamywania prawdy. Ale można także tę scenę umiejscowić we współczesności. Wówczas odczytuje go zarówno Witha, jak i Heidrun oraz Hanna, co byłoby dowodem na to, że prawdę zna każda z nich. Tym samym spektakl ukazywałby sztafetę pokoleń powtarzających fałszywą historię jak wyuczoną lekcję oraz popełniających te same błędy (wypędzona z domu zostaje nie tylko rodzina Schwarzmannów, ale także później, wysiłkiem Heidrun, zamieszkujący go w latach 70. dziadek z wnuczką Stefanie).
Mając wiedzę o prawdzie, bohaterki sztuki decydują się uczynić fałsz kamieniem węgielnym swojego domu, swojej tożsamości. Zmyślona historia może też usprawiedliwiać w oczach innych prawo do posiadania tego konkretnego, materialnego domu, przez który przewinęło się wielu innych mieszkańców. Spektakl Nalepy znakomicie podkreśla palimpsestową strukturę tego miejsca – kobiety, zamknięte w wyrysowanym na oczach widowni kwadracie, wciąż odgrywają swoją historię na oczach innych – swoich poprzedniczek i następczyń, muszą wciąż mierzyć się z prawem obcych osób do przebywania w tej samej przestrzeni. Padające w pewnym momencie słowa: „Pani tego nie zauważyła, ale dom był zawsze zamieszkany. Cały ten czas” można by skierować do wszystkich bohaterek sztuki. Zapewne dlatego reżyser zdecydował się rozpocząć i zakończyć spektakl przedziwnym, kakofonicznym koncertem odgrywanym przez wszystkie aktorki, pokazując, ile głosów, ile prawd i kłamstw spotyka się w tym miejscu i ile osób pragnie to miejsce dla siebie zawłaszczyć (co znajduje także swoje odbicie w scenie, w której Witha, pani Schwarzmann i Stefanie krzyczą: „To nie ten dom!”).
Mimo ciągłego podkreślania fikcyjności tego, co rozgrywa się na scenie, Kamień w przejmujący sposób podejmuje problemy wciąż aktualne i ważne. Skłania do zastanowienia się, jak bardzo historia kształtuje tożsamość i jak silnie tkwi w nas potrzeba do upiększania przeszłości. Warto pozwolić się do tej refleksji zaprosić, warto po prostu obejrzeć ten spektakl.
Katarzyna Panfil (listopad 2009)
Relacja Marty:
Nie lubię pisać o sztukach, które mi się spodobały, więc zapewne moja recenzja spektaklu „Kamień” będzie wyjątkowo krótka.
Godny pochwały jest już sam dobór tekstu. Dramat Mariusa von Mayenburga „Der Stein” to bardzo dobra decyzja. Mimo, iż „dzisiaj” sztuki to rok 1993, czyli prawie ponad 16 lat przed naszym „dzisiaj”, traktuje o sprawach, które męczą nas do tej pory. Jeszcze bowiem społeczeństwa nie rozliczyły się z wydarzeń II wojny światowej. Choć wydarzyło się to 3 pokolenia temu, nadal mówimy o tym w emocjach. Nawet jeśli odbiorca zdystansuje się do historii, sztuka nie traci swojej aktualności… Co więc kryje się za domem przechodzącym z rąk żydowskich do rąk niemieckich? Gdyby te mury mogły mówić…

„Kamień” to historia 3 pokoleń kobiet. W ich rodzinie krążyła legenda o bohaterskim dziadku, ojcu, mężu. Jego akt heroicznej odwagi z bohaterstwem nie miał jednak nic wspólnego. Ale czy teraz, gdy go nie ma, ma to jakiekolwiek znaczenie. Przez żonę ubrany w płaszcz herosa urastał do rangi niedoścignionego wzoru. Tytułowy kamień – relikwia rodzinna, to symbol zobojętnienia wobec chuligaństwa, a nie ofiarowania siebie. Zakłamanie. W obliczu wojny, śmierci mało kto zostaje człowiekiem. Żydówka do płaszcza przypina swastykę. I co to właściwie znaczy: „jesteśmy dobrymi Niemcami”? Bo kupiliśmy od prześladowanych ich dom i DOM za zaniżoną cenę? Dom, który uczynić chcą DOMEM dwie rodziny… Wystarczy moich przemyśleń, warto wysilić się o własne.
Struktura przedstawienia przypominała trochę próbę. Zabieg ten likwidował do pewnego stopnia dystans między widownią a aktorkami.
Kostiumy – nie minimalistyczne i nie wybujałe. „Skrojone na miarę”.
Scenografia: 4 krzesła i fortepian. Wystarczy.
Gra aktorska: Zachwyciła mnie elastyczność Justyny Bartoszewicz. Zagrała w sumie kilka postaci, bo i matkę i córkę i wnuczkę. Każda z nich miała inny charakter i każda zagrana była prawdziwie do ostatniej kropli. Marzena Nieczuja Urbańska po raz kolejny pokazała, że jest doświadczoną aktorką o doskonałym warsztacie. Wanda Skorny – niczego nie można zarzucić, a jeśli chodzi o Magdalenę Boć – jej maniera dodawała postaci uroku. Alina Lipnicka albo nie dostała roli, w której mogłaby się wykazać, lub po prostu nie dała z siebie zbyt wiele.
Spektakl polecam i czekam na Wasze opinie na forum.
„Kamień” to sztuka na podstawie tekstu Mariusa von Mayenburga, w reżyserii Adama Nalepy. Premiera w Teatrze Wybrzeże odbyła się 4 IX 2009 roku.
Spektakl „popełnili”:
Scenografia: Adam Nalepa, Kostiumy: Magdalena Gajewska, Muzyka: Marcin Mirowski, Dramaturg: Jakub Roszkowski
Wystąpiły: Justyna Bartoszewicz, Magdalena Boć, Alina Lipnicka, Marzena Nieczuja-Urbańska, Wanda Skorny
Marta Pawlak (październik 2009)
Ale nie wszystkie elementy do siebie pasują… Czyli o „Puzzlach” Michała Krzywaźni
„Puzzle” to autorski spektakl Teatru w Krzywym Zwierciadle, proponujący widzowi nowatorską interpretację motywu życia jako układanki. Spektakl w swojej warstwie językowej odwołuje się do różnorodnych tekstów kultury – do Biblii, do znanych piosenek, do konwencji codziennej rozmowy, do tekstów znalezionych w Internecie, do tekstów własnych, oraz do tekstów znalezionych na przedmiotach codziennego użytku. I to właśnie tekst z opakowania przedmiotu użytku codziennego został przez Teatr w Krzywym Zwierciadle uczyniony kluczowym w całym przedstawieniu.
Chodzi mianowicie o ostrzeżenie z opakowania puzzli, głoszące, iż puzzle mogą być zabawką dla dzieci powyżej trzeciego roku życia ze względu na małe elementy, które mogą być połknięte przez dziecko. Tekstem tym praktycznie rozpoczyna się sztuka. Co prawda nie jest on inicjalny, ale pojawia się w jednej z początkowych scen i to właśnie on wprawia akcję „Puzzli” w ruch, rozpoczyna dialog w sztuce i jest kluczowy dla zrozumienia jej sensu. Dlatego też zostaje wygłoszony bardzo powoli i dokładnie przez czterech aktorów, w czterech różnych językach – polskim, angielskim, niemieckim i rosyjskim – z powtórzeniem po polsku i angielsku. Zabieg ten koncentruje uwagę widza oraz przekazuje mu klucz interpretacyjny do sztuki – wedle którego, życie składa się z tysiąca drobnych elementów, nad którymi człowiek obejmuje władzę mniej więcej od trzeciego roku życia, niestety ułożenie ich jest niezwykle trudne, ponieważ elementy są małe i mogą się łatwo zagubić czy też mogą zostać po prostu połknięte. Powtórzenie ostrzeżenia w różnych językach otwiera fabułę na uniwersalność, wskazuje, iż układanie swojego życia z małych elementów rzeczywistości dotyczy ogółu ludzkości. Kolejne sceny dadzą się interpretować właśnie w tym kontekście.

Mimo monotematyczności, sztuka jednak nie jest nudna. Każda kolejna scen wnosi coś nowego, odsłania kolejny element rzeczywistości, pokazuje nowe grupy ludzi w różnym wieku, różnej płci, różnej orientacji seksualnej. Pokazuje różne sytuacje życiowe, w którą uwikłani są różni bohaterowie. Niekiedy motyw życia jako układanki realizowany jest w życiu jednostki, która nieporadnie próbuje ułożyć swoje życie z różnych, nie zawsze do siebie pasujących, drobnych elementów rzeczywistości. Innym znowu razem jednostka układa wszystkie elementy z perspektywy boskiej, ingerując w życie nie tylko swoje, ale także i innych. Wprowadzenie perspektywy kosmicznej do obrazowania ludzkiego losu doskonale koresponduje z różnymi językami, w których zacytowane zostało ostrzeżenie z pudełka puzzli, i dodatkowo otwiera sztukę na uniwersalność kondycji ludzkiej dla każdej jednostki.
Dialogi zbudowane na podstawie oryginalnej interpretacji różnych tekstów kultury są bardzo dobrze napisane, korespondują z ogólnym zamysłem sztuki. Niestety, nie są wolne od błędów. Sztuka bowiem jest nieco „przegadana”, za często pojawia się w dialogach porównanie życia z puzzlami, narzucają się wręcz słowa: „ale nie wszystkie elementy do siebie pasują”. Przez to zminimalizowana jest rola niedopowiedzenia w przedstawieniu, co w sztuce surrealistycznej, w nurt której wpisują się „Puzzle”, jest kluczowe. Dialog to jednak nie jedyny sposób wyrazu i nośnik sensów semantycznych w „Puzzlach”. Dużą rolę odgrywają w sztuce także: rekwizyt, pantomima, śpiew i ruch. Rekwizytów na scenie pojawia się sporo – między innymi walizki, tytułowe puzzle, piłeczki pingpongowe, ramki. Wszystkie rekwizyty zostały prawidłowo zaaranżowane, każdy z nich miał jakiś sens interpretacyjny, żaden nie został wprowadzony dla taniego efektu. Nawet tak niezwykle ograny rekwizyt jak walizka został naprawdę ciekawie zaaranżowany w sztuce. Brawo!
Pantomima, śpiew i ruch zostały odegrane naprawdę na najwyższym poziomie. Aktorzy grający w „Puzzlach” (Anna Weryszko, Olimpia Szkoda, Michał Rączkowski, Jacek Grzelak) to ludzie wszechstronnie uzdolnieni, potrafiący odegrać nadzwyczaj dobrą pantomimę, modulować różnorodnie głos, świetnie śpiewać oraz czytelnie wyrażać swoją rolę poprzez ruch. Dzięki temu przedstawienie jest pełne życia, pełne różnorodnych i niezwykle ciekawych form wyrazu, które dają widzowi szansę rozbudowanej osobistej interpretacji. Mimo iż „Puzzle” poruszają temat patetyczny, nie brak w sztuce komizmu, zbudowanego przez absurd i groteskę.
Groteska w ogóle stanowi podstawową wartość estetyczną dzieła Krzywaźni, który wprowadza swoją interpretację motywu świata jako układanki w nurt absurdu, dzięki czemu czyni spektakl bardziej pojemnym znaczeniowo. Temu samemu celowi podporządkowane jest otwarte zakończenie sztuki. Spektakl kończy się znienacka, trochę jakby w samym środku swojego trwania, nie dając żadnych gotowych rozwiązań, żadnej pointy.
Nieostre zakończenie jest jedną z najmocniejszych stron spektaklu. Samo przez się świadczy o artyzmie i wyczuciu nowych konwencji w sztuce przez Michała Krzywaźnię i jego aktorów. „Puzzle” to spektakl dopracowany w każdym szczególe. Kolejne sceny, elementy, rekwizyty, dialogi i monologi, pantomimy doskonale ze sobą współgrają, są podporządkowane jednemu zamysłowi, dzięki czemu możliwa jest spójna interpretacja spektaklu. Nastrój budowany przez światło doskonale współgra z nastrojem budowanym przez muzykę, co jest w teatrze niezwykle istotne. Całość zabiegów artystycznych Teatru w Krzywym Zwierciadle tworzy naprawdę udany spektakl, pomimo błędu „przegadania”, który zresztą jest charakterystyczny dla młodych twórców, a tutaj – biorąc pod uwagę inne mocne strony przedstawienia – jest to błąd do wybaczenia.
Przedstawienie „Puzzle” zdobyło główną nagrodę (ex aequo z przedstawieniem „Bon Voyage” Chojnickiego Studia Rapsodycznego) XI Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Autorskich i Adaptacji „Windowisko” w Gdańsku. Dodatkowo reżyser – Michał Krzywaźnia – został uhonorowany Nagrodą Prezydenta Miasta Gdańska – Gdańskim Stypendium Teatralnym dla najlepszego reżysera festiwalu. Serdecznie gratuluję sukcesu! Nie jest to jednak pierwszy sukces w historii Teatru w Krzywym Zwierciadle. Zarówno przedstawienie „Puzzle”, jak i przedstawienie „Co z tym człowiekiem” zostały wielokrotnie uhonorowane nagrodami i wyróżnieniami na ogólnopolskich festiwalach i konkursach teatralnych organizowanych w całej Polsce.
Teatr w Krzywym Zwierciadle to grupa młodych, aktywnych i niezwykle utalentowanych artystów z pasją tworzenia, szukających w teatrze nowych form wyrazu i artystycznego spełniania się, między innymi dlatego właśnie zespół realizuje sztuki autorskie, oparte na tekstach własnych. W przedstawieniu opartym na tekście dramaturgicznym grupa Michała Krzywaźni zaprezentuje się debiutancko na XII edycji Windowiska, wystawiając jeden ze zwycięskich dramatów tegorocznej VI edycji konkursu dramaturgicznego Windowiska. Teatr w Krzywym Zwierciadle nie ogranicza się jednak tylko do działalności scenicznej, podejmuje także szereg innych działań mających na celu promocję sztuki w swoim mieście – między innymi organizacja i udział w Stepnickich Nocach Teatralnych – oraz pomoc innym poprzez sztukę – organizacja arteterapii w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii im. Św. Brata Alberta w Szczecinie.
Owocem tegorocznej arteterapii jest przedstawienie „Hamlet w kapturze” zaprezentowane w czerwcu szczecińskiej publiczności. Wszystkich zainteresowanych działaniami artystycznymi Teatru w Krzywym Zwierciadle zapraszam na stronę internetową grupy: http://wkrzywymzwierciadle.com/ . Polecam, bo naprawdę warto. Ze swoimi zdolnościami stepnicka grupa teatralna ma szansę w niedługim czasie stać się jednym z najbardziej liczących się teatrów niezależnych w Polsce.
Weronika Gołębiowska (październik 2009)
Fot.: Rafał Nowak, źródło: http://wkrzywymzwierciadle.com.
Wielkanocna, ale ponadczasowa sztuka
Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim napisana przez Mikołaja z Wilkowiecka to średniowieczne misterium o wydarzeniach Wielkiej Nocy. Piotr Cieplak reżyserując ekranizację tego dzieła stanął na wysokości zadania.
Spektakl odbył się w obszernej, pustej przestrzeni, w której każde słowo odbijało się echem przywodząc na myśl wnętrza gotyckiej katedry. Światło było ostre, wydobywało się z małych okienek pod sufitem, co z kolei wraz z poukładanymi na wzór muru workami, przypominało pomieszczenie piwniczne. Dużym atutem była muzyka, – choć początkowo składała się głównie jakby z kościelnych dzwonów, później rozbrzmiała dźwiękami gitary elektrycznej i perkusji. Zabieg ten nie zniweczył podniosłej atmosfery, wręcz przeciwnie, „rockowy” podkład muzyczny bardzo dobrze budował napięcie a nawet napawał grozą.

Aktorzy ubrani byli w stroje współczesne, co zapewne pochwaliłby sam autor dzieła, który wszakże w akcję sprzed dwóch tysięcy lat wplatał również szczegóły z otaczającej go rzeczywistości. Żołnierze nosili, więc ciężkie wojskowe buty, a w trakcie ich marszu zbliżenia na owe buty, wywoływały uczucie niepokoju.
Gra aktorska nie pozostawiała wiele do życzenia – przez postać Piłata przemawiało dostojeństwo, wręcz monumentalizm, biskupi byli podenerwowani reakcją ludu na śmierć Chrystusa, a potem faktem jego zmartwychwstania, kobiety łączyły w sobie mieszaninę strachu i tęsknoty za Jezusem. W pierwszej scenie z udziałem Maryj, jedna z nich mówiła o Chrystusie prawie jak o kochanku. Mistrzowsko również zostało odegrane zakupywanie wonności, w liryczny sposób kamera śledziła typowo kobiece zachowania, zachwycających się zapachami ziół.
Zastanawiająca była dla mnie scena, w której jeden z żołnierzy postradał zmysły. Nie przypominam sobie podobnej w tekście misterium. Oczywiście ekranizacja nie musi być idealnym odzwierciedleniem pierwowzoru, a scena ta, wcale nie podziałała na szkodę przedstawieniu. Doszukiwać się w niej możemy symbolu Krzyża Chrystusowego – żołnierzowi wydawało się, bowiem, że jest drzewem.
Zmartwychwstanie przedstawiono jako podniesienie się białej płachty – myślę, że był to trafny zabieg.
Bacznie przyglądałam się scenie zejścia Chrystusa do piekła. Stał tam, taki niepozorny, zdawałoby się – bezsilny. W walce z czartami wcale nie wydawał się herosem, jednak zwyciężył. Czyżby kolejny symbol – skromność i łagodność przezwycięży zło?
Patriarchowie zastraszeni przez diabły również nie mieli w sobie nic z majestatu. Ozeasz natomiast przedstawiony został jako dziewczynka, którą w dodatku szatan próbuje zgwałcić – czy to symboliczny gwałt na niewinności, usiłowanie skalania czystości, a więc i świętości, by Ozeasz nie mógł wkroczyć do nieba? Taka interpretacja zdaje się być uzasadniona.
Interesujący jest również fakt, że po przejściu do Nieba, wszyscy Ci patriarchowie zapadali w sen – jakby umierali, a głos Chrystusa budził ich na nawo do życia. Po przebudzeniu podzieli się jajkiem – symbolem Zmartwychwstania i pili wino – jakby na znak komunii.
Scena przyjścia do grobu kobiet również spodobałaby się Mikołajowi z Wielkowiecka – aniołowie rozmawiający z Mariami przedstawieni zostali w sposób humorystyczny „liniejąc” z piór i „świecąc” gołymi paluchami u stóp.
Jedna z ostatnich odsłon– apostołowie rozprawiający przy stole o dalekich krajach – rozmowy tej również brakuje w tekście – wydaje się być przydługa, wreszcie pojawia się Chrystus, daje się rozpoznać poprzez łamanie chleba. Na koniec zbliżenie na ów chleb – Ciało Chrystusa.
Sztuka ta, pełna symboli i liryzmu godna jest polecenia.
Marta Pawlak (październik 2009)
Przyjaciel Wesołego Diabła – nie tylko dla dzieci!
Miałam okazję obejrzeć spektakl „Przyjaciel Wesołego Diabła” – na motywach powieści Kornela Makuszyńskiego. Spektakl wystawiany był w ZS nr1 w Redzie. Na stronie internetowej http://www.przyjacielwesolegodiabla.pl/ czytamy: „[…]Tworzony przez utalentowaną młodzież z Redy”. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam to zdanie, nastawiłam się raczej sceptycznie do całego przedsięwzięcia. Przed oczami ukazał mi się obrazek amatorskiego teatrzyku, gdzie „banda” dzieciaków biega po scenie i za bardzo nie wie, co właściwie ma robić. Okazało się jednak, że owe sformułowanie nie jest, jak przypuszczałam, eufemizmem, chwytem reklamowym, pochwałą na wyrost. To zdanie to czysta prawda!

"Przyjaciel Wesołego Diabła" to spektakl muzyczny. Artyści śpiewają i tańczą. Nie można w tym miejscu nie pochwalić wyrobionego głosu młodych aktorów, ich swobody przy wyśpiewywaniu nawet bardzo skomplikowanych akordów. Choreografia zawsze idealnie pasowała do fabuły, wykonywana była w sposób profesjonalny, a jak wiadomo, trudno tańczyć synchroniczne układy na scenie! Muzyka inspirowana była m.in. takimi przebojami jak „Beat it” Michaela Jacksona. Wspaniałe kostiumy i scenografia, częste operacje światłem umożliwiły kadrowanie sceny i dynamizowały akcję. Kilka niedociągnięć technicznych, które wszak zdarzają się nawet profesjonalistom, nie zakłóciły odbioru sztuki i nie zniechęciły mnie do zachwalania owego spektaklu.
Wracając do „utalentowanej młodzieży”, zwrócić należy uwagę na bezsprzecznie fenomenalną grę Wiktorii Jabłonowskiej. Doskonale wcieliła się w postać Piszczałki i nie wychodziła z roli, nawet gdy centralne światło nie było skierowane na nią. Była zabawna, naturalna i doskonale wyłoniła cechy Wesołego Diabła.
Kunsztu aktorskiego nie możemy również odmówić Pawłowi Babickiemu. Potrafił nas przekonać, że nie jest wcale „młodocianym aktorem”, ale ślepnącym staruszkiem, którego miłość do syna i gwiazd była prawie zauważalna gołym okiem. Ponadto, słowa pochwały należą się także głównemu bohaterowi Jankowi, w rolę którego wcielił się Szymon Wróblewski. Aktor nie myślał tekstem scenariusza, ale myślami Janka.
Dotarliśmy do sedna: scenariusz. Głównym autorem scenariusza jest Piotr Majchrzak. To on ze zwykłej podróży do miasta uczynił podróż ku dorosłości. Włożył w usta bohaterów prawdy o tym świecie, które po zakończeniu przedstawienia trawi się jeszcze w milczeniu w drodze do domu. Rozważania o kondycji człowieka, o różnicy między dobrem a złem, o pogoni za sławą i władzą. A przecież i tak liczy się tylko miłość i przyjaźń!
Piotr Wróblewski – reżyser spektaklu - zasłużył na laury. Młodzież przez niego poprowadzona dała nam wspaniałe show!
Szczególne gratulacje należą się również pani Marzenie Jodłowskiej za opiekę nad projektem oraz panu Łukaszowi Kamińskiemu za – często niewdzięczną – rolę producenta.
Spektakl niestety kończy swój żywot na scenie, ale niech to nas nie zniechęca do monitorowania poczynań Grupy Teatralnej z Redy, albowiem już w marcu spodziewamy się kolejnej premiery! W imieniu własnym i organizatorów serdecznie zapraszam!
I jeszcze kilka nazwisk, które należy zapamiętać:
Aleksandra Lewandowska, Magdalena Maksym, Dominika Szymborska, Marta Kruger, Joanna Janiak, Delfina Cioban, Patrycja Staniszewska, Agata Ciesielska, Katarzyna Roman, Radosław Stencel, Agata Frańczak, Milena Dąbkowska, Bogusława Stencel.
Marta Pawlak (wrzesień 2009)
Bash Street Theatre na gdańskiej FECIE
„The Station” to jedno z przedstawień tegorocznej FETY, przygotowane przez brytyjski Bash Street Theatre. Jest to niema komedia, której tematem – pomimo iż akcja toczy się na stacji kolejowej w romantycznych czasach parowców – jest kradzież dzieła sztuki. Dowiadujemy się o tym z ogłoszenia prasowego napisanego wielkimi literami, które prezentują nam aktorzy w jednej z inicjalnych scen. Po tej informacji akcja nabiera tempa, na stację przyjeżdżają kolejne pociągi, które przywożą nowych bohaterów, inicjujących nowe wydarzenia pełne śmiesznych gagów. A to wszystko grane jedynie przez trójkę aktorów (Simon Pullum, JoJo Pickering, Russell Hurd), którzy doskonale wcielają się w kolejne role.
Akcja jest nieskomplikowana, skupiona wokół jednego wątku, bardzo żywa, przedstawiona w sposób prosty i zrozumiały dla każdego widza. Wszelkie kwestie są domówione, czemu służą między innymi pisemne komentarze pomysłowo wkomponowane w przedstawienie, jak na przykład wspomniane wyżej ogłoszenie prasowe. Podstawową wartością estetyczną „The Station” jest komizm. Głównie komizm sytuacyjny, w mniejszym stopniu komizm postaci, jest to bowiem typowa komedia omyłek, wpisująca się w tradycję chaplinowską.

Na brawa zasługuje gra aktorów – każda z ról, podobnie zresztą jak i całe przedstawienie, dopracowana jest do perfekcji, pantomina zagrana jest z prawdziwym artyzmem i komizmem, co jest nie lada sztuką. Ponadto na szczególną uwagę zasługuje rola czwartego członka Bash Street Theatre – Jima McCormack, który podczas „The Station” gra na akordeonie oraz podkłada różnorodne efekty dźwiękowe do przedstawienia – między innymi odgłosy nadjeżdżających parowców i… stanów emocjonalnych bohaterów – korzystając jedynie ze swoich narządów głosowych. Jest to beatbox na naprawdę najwyższym poziomie. Podkładane dźwięki są przy tym idealnie zgodne w czasie z grą aktorów na scenie.
Podczas godzinnego seansu nie zauważyłam ani jednego, nawet najmniejszego, rozjechania czasowego, co świadczy o naprawdę dobrym dopracowaniu przedstawienia przez wszystkich aktorów. Dopracowana w najmniejszych szczegółach jest także scenografia, stworzona przez Helen Tiley, oddająca w sposób doskonały klimat małej angielskiej stacyjki kolejowej rodem z czasów parowców. Stacyjka jest wyposażona w masę walizek, a także w beczkę i skrzynkę, którymi można przejść za kulisty, dzięki czemu nie widać tak zwanych „szwów sztuki” – aktorzy znikają ze sceny i pojawiają się na niej naturalnie.
Nie jest to sztuka szyta grubymi nićmi, iluzja teatru nie zostaje w niej pokazana od kuchni i bardzo dobrze! Jestem naprawdę pod wrażeniem dopracowania zarówno artystycznego, jak i technicznego tegoż przedstawienia. Choć nawet tak perfekcyjnie dopracowane przedstawienie odgrywane przed publicznością w ramach teatru ulicznego, rządzi się swoimi prawami i nigdy nie da się przewidzieć, co może się w nim wydarzyć.
Podczas niedzielnego spektaklu „The Station” do akcji niespodziewanie włączył się mieszkaniec okolicznej kamienicy, oglądający spektakl z okna swojego mieszkania, co jeszcze bardziej wzmogło komizm przedstawienia. Odbiorcy udało się nawiązać bardzo ciekawy mimiczny dialog z artystami, który urozmaicił spektakl. Łatwość nawiązywania kontaktu z odbiorcą to również specjalność Bash Street Theatre. Przedstawienie rozpoczyna się zresztą dziesięć minut przed czasem od rozdawania i kasowania widzom biletów. Pomysł ciekawy i bardzo pozytywnie przyjęty przed gdańską publiczność, głównie przez jej najmłodszą część.
Reasumując, „The Station” to sztuka lekka, prosta i przyjemna, przeznaczona dla szerokiego kręgu odbiorców – dobrze mogą bawić się na niej ludzi w różnym wieku, różnej płci, różnego poziomu intelektualnego i różnego pochodzenia – oscylująca na granicy sztuki i rozrywki masowej, aczkolwiek zrobiona z pomysłem i dopracowana w tak perfekcyjny sposób, przy wykorzystaniu ogromu talentów aktorskich, że z całą pewnością zasługuje na miano sztuki dobrej i godnej uwagi nawet najbardziej wymagających odbiorców. Bash Street Theatre z całą pewnością udało się połączyć w dobrą całość elementy kultury wysokiej i masowej rozrywki, i chwała mu za to!
Weronika Gołębiowska (sierpień 2009)
Zabawa w Hamleta
Wchodzimy na salę. Siadamy na krzesłach i od razu spostrzegamy, że nie jesteśmy sami. Na scenie już ktoś siedzi. W łóżku, z notesikiem, widzimy chłopca. Jest niespokojny. Rozmyśla. Nie oddaje się cichej kontemplacji. Jego ruchy zdradzają głębokie wzburzenie. Zaczyna się spektakl: „Hamlet, albo koniec dzieciństwa” francuskiej Grupy Teatralnej Naxos – odegrany w ramach XIII Festiwalu Szekspirowskiego. Ów chłopiec to zbuntowany nastolatek, który nie może pogodzić sie z tym, że jego ojciec odszedł, a matka znalazła sobie nowego mężczyznę. Zamknął się w pokoju. Pokój, jak pokój. Cztery ściany, zabawki, zamknięte drzwi. Na ścianie plakat z filmu „Hamlet” z Laurencem Olivierem. Być może zainspirowany plakatem, być może świadomy tego, że jego los zbliżony są do losu bohatera szekspirowskiego, zaczyna odgrywać tragedię. Sam ze sobą. W zaciszu pokoju, odcięty od prawdziwego świata, który to świat próbuje wtargnąć do środka poprzez głos matki od czasu do czasu nawołującej syna, aby wyszedł i powitał ojczyma.
Sposób, w jaki zaadoptowano przestrzeń i bohaterów został obmyślony w każdym szczególe.

Spektakl rozpoczął się od sceny najsłynniejszego monologu wszechczasów „być, albo nie być…” Hamlet wygłasza te słowa, jakby zapisując je w pamiętniku, po czym „bawi się” w podcinanie sobie żył i umieranie. Królem i Królową zostają poduszki (aluzja do grzesznego łoża?) Najlepszym przyjacielem każdego dziecka jest pluszowy miś. I tu również. Miś zyskał imię Horacy. Chłopiec dostaje od ojczyma zabawki, które matka zostawia pod drzwiami – te zabawki to dwie figurki, które młodzieniec od razu nazywa Rozenkrancem i Gildensternem (bardzo trafna aluzja do dramatu, gdzie tych właśnie dwóch panów, udając przyjaciół księcia, działali z polecenia króla). Uwspółcześnieniem dramatu Szekspira było umieszczenie w nim telefonu komórkowego. Ofelia zostawia Hamletowi wiadomość na poczcie głosowej, że ojciec zabrania jej spotkań z ukochanym.
Geniuszem, który stworzył to dzieło, jest Ned Grujic (adaptacja, scenografia, reżyseria). Wykonał Thomas Marceul. Aktor o niebywale dobrze rozwiniętym warsztacie. Sam zagrał wszystkie postacie dramatu, przy czym każdą inaczej. Modulował głosem, grał sylwetką.
Duchota panująca w teatrze nie była tak przykra dla widzów jak dla aktora, z którego pot spływał strumieniami, ale nie przeszkadzało mu to zapewnieniu nam fascynującego show.
Profesjonalna grupa teatralna Naxos składa się z artystów różnego pochodzenia, którzy we współczesnym świecie prezentują swój talent zarówno poprzez kreacje aktorskie, jak i wielkie teksty. Grupa od początku swego istnienia stworzyła 6 produkcji, z których dwie ostatnie: „Hamlet” Szekspira oraz „Strach i nędza III Rzeszy” Brechta prezentowane były we Francji i poza jej granicami. Grupa Teatralna Naxos współpracuje z powodzeniem z wieloma wybitnymi reżyserami.
Marta Pawlak (sierpień 2009)
Beckett w Teatrze Polonia
Czy Beckett w „Szczęśliwych dniach” w reżyserii Piotra Cieplaka jest wciąż jeszcze sobą?
Spektakl Teatru Polonia miałam okazję obejrzeć podczas tegorocznej edycji Festiwalu Wybrzeże Sztuki, zorganizowanego przez gdański Teatr Wybrzeże. Przedstawienie naprawdę robi wrażenie. Zachwyca przede wszystkim znakomita gra aktorska prawdziwych polskich artystów – Krystyny Jandy (Winnie) i Jerzego Treli (Willie), którzy doskonale wcielają się w rolę, zmagającego się z trudami starości, małżeństwa, które pomimo pozornego oddalenia się od siebie i niemożności znalezienia wspólnego języka – do dialogów dochodzi nadzwyczaj rzadko – zachowują jednak moc uczucia, zwyciężającego rutynę codzienności w najtrudniejszych jej momentach.
Uwagę przyciąga również bardzo ładna, wykonana profesjonalnie i z dużą dbałością o szczegóły, aczkolwiek całkowicie sprzeczna z didaskaliami dramatu, scenografia autorstwa Andrzeja Witkowskiego oraz doskonale zaprojektowane przez Edwarda Kłosińskiego oświetlenie, które współgra z treścią sztuki zarówno w pierwszej – tej weselszej – części, gdzie dominuje ciepłe światło słoneczne, jak i w drugiej, w której dominuje zimne, niebieskie światło. Ogólnie przedstawienie wypadło bardzo dobrze, ale Becketta jest tam niezwykle mało.

Beckett to twórca absurdu, operujący mocnym i nie zawsze logicznym przekazem, nie stroniący od hiperboli, niekiedy szokujący. I dokładnie takie też są w oryginale jego „Szczęśliwe dni” – szokujące, mocne i wymykającego się tradycyjnym regułom życia. W reżyserii Cieplaka natomiast „Szczęśliwe dni” stają się obyczajową opowieścią o starości. Kopiec ziemi, w którym zakopana jest Beckettowska Winnie został zastąpiony kocem, okrywającym bohaterkę siedzącą w fotelu.
Scenografia Witkowskiego – choć, jak wspomniałam, ładna i wykonana bardzo profesjonalnie – nie ma nic wspólnego z didaskaliową ogrodową przestrzenią, ukazującą na horyzoncie prawdziwe pustkowie, o którym tak często jest mowa w tekście sztuki. Willie, mieszkający w oryginale za kopcem Winnie, u Cieplaka pojawia się na scenie tylko czasami, wychodząc z bocznego pokoju, w którym też mieszka. Wszystkie te zabiegi reżysera doprowadzają do „ugrzecznienia” sztuki, odbierają jej absurd, siłę mocnego i szokującego przekazu, przenosząc ją w reguły życia codziennego, od których tekst Becketta wyraźnie się odcina. Jeżeli intencją reżysera było właśnie odcięcie tekstu od jego twórcy i przetransponowanie go na grunt twardej rzeczywistości, to naprawdę mu się to udało, bo istotnie mało jest tu Becketta w Becketcie. W zasadzie pozostaje tylko jego tekst, który zresztą nie do końca pasuje do swojej nowej aranżacji.
Piotr Cieplak dokonał niewątpliwie bardzo odważnego eksperymentu na tekście Becketta. Eksperymentu, który z góry był skazany na niepowodzenie, który jednak nie przyniósł mu tak sromotnej klęski, jakiej można by się było spodziewać. Trzeba obiektywnie przyznać, że „Szczęśliwe dni” w jego reżyserii to dobra sztuka, aczkolwiek nie tak śmiała, nie tak dosadna i jednoznaczna, szokująca i absurdalna jak jej literacki oryginał, dlatego według mnie grosza, bo po prostu płytsza.
Weronika Gołębiowska (sierpień 2009)
Plakat został pobrany ze strony: http://www.teatrpolonia.pl/spektakl-szczesliwe-dni
„Łup” Joe Ortona w Teatrze Wybrzeże
13 lutego 2009 roku odbyła się w gdańskim Teatrze Wybrzeże premiera sztuki Joe Ortona, pt. „Łup”, w reżyserii Ivo Vedrala. „Łup” to czarna komedia, realizująca dwie z trzech tradycyjnych jedności: czasu i miejsca. Jej główne wątki to – tytułowy łup, pogrzeb pani McLeavy, knowania jej z pozoru niewinnej i bardzo pobożnej pielęgniarki Fal (Anna Kociarz) oraz śledztwo oficera policji, Truscotta (Mirosław Baka). Pierwsze sceny sztuki nie zachwycają. Ekspozycja dłuży się ponad miarę, jest wręcz nudna. Humor wprowadza pojawienie się syna nieboszczki – Hala (Maciej Konopiński), którego kreacja opiera się głównie na komizmie postaci, bardzo dobrze wydobytym przez Konopińskiego. Jednak prawdziwym przełomem w akcji jest dopiero pojawienie się na scenie Mirosława Baki, czyli oficera policji, Truscotta. To właśnie Baka wprowadza do sztuki prawdziwy komizm postaci, słowa (bardzo dobre tłumaczenie Małgorzaty Semil) i sytuacji. Jego wejście na scenę przyspiesza akcję i wprowadza wiele wątków pobocznych, komplikujących fabułę i wydobywających nieodkryte dotąd fakty, w decydujący sposób wpływające na dalszy rozwój wydarzeń. Rola Mirosława Baki została zarówno fantastycznie napisana, jak i fantastycznie odegrana, z właściwym Bace artyzmem.
Na szczególną uwagę zasługuje także rola Krzysztofa Gordona, który wcielił się w postać wdowca McLeavy. Jest to jedyny bohater, który broni moralności i stoi na straży podstawowych wartości ludzkich. Postać tragiczna, bo w swojej prawości osamotniona, niezrozumiana, nie wysłuchana przez innych bohaterów sztuki, a wręcz notorycznie oszukiwana i naciągana przez nich. Jest to jedyny element tragiczny w sztuce, który każe się zastanowić nad wymową dzieła, będącego tak naprawdę tylko z pozoru przerysowaną i po prostu śmieszną komedią. Oczywiście jest nią niewątpliwie i jak najbardziej można je tak czytać, aczkolwiek bardziej wnikliwy odbiorca znajdzie w niej także elementy satyryczne i tragiczne, które doprowadzą go do tak naprawdę bardzo gorzkiej pointy traktującej o kondycji egzystencji ludzkiej we współczesnym świecie. Krzysztof Gordon doskonale poradził sobie ze swoją rolą. Stworzył kreację bardzo statyczną, wyalienowaną, kontrastującą z resztą postaci, a przez to będącą bardzo wyrazistym symbolem moralności. Moralności, której w świecie bohaterów zdecydowanie brakuje. Niestety w reżyserii Ivo Vedrala ostrze satyryczne utworu zostało nieco stępione. Większy nacisk został położony na komizm, którego również nie udało się reżyserowi do końca wydobyć z dzieła. Aczkolwiek – nie można tego zaprzeczyć – sztuka jest w wielu momentach naprawdę śmieszna, a to głównie dzięki doskonałej grze aktorskiej, zwłaszcza Mirosława Baki.
Zupełnie nietrafionym natomiast okazał się pomysł pozbawienia sceny tylnej ściany. Brak kulis, pokazanie aktorów za sceną jest w tym przypadku po prostu niepotrzebnym rozpraszaniem uwagi widza, który zamiast skupiać uwagę na wydarzeniach mających miejsce na scenie, usiłuje podejrzeć siedzących za sceną aktorów. Dzieje się to zwłaszcza w momentach, kiedy akcja zaczyna się dłużyć – niestety nie udało się zupełnie uniknąć takich chwil. „Łup” ze względu na swój prosty i naturalny przekaz, a także na realistyczną scenografię, której autorem jest Tomasz Brzeziński, zbliża się nieco do sztuki filmowej, dlatego może być doskonałą propozycją nie tylko dla wielbicieli teatru, ale także dla kinomaniaków. Mimo kilku niedociągnięć w realizacji, serdecznie polecam tę sztukę, która jest naprawdę dobrą, wartościową i śmieszną czarną komedią z gorzką pointą.
Moja ocena: 7/10.
Weronika Gołębiowska (lipiec 2009)
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.teatrwybrzeze.pl/spektakl.xml?id=53  Muzyka / Informator kulturalny / Książki i poezja / Teatr i opera / kino / Forum kultury Wystawy / Literatura / Radio on-line / Fotografia / Organizacja imprez Aukcje on-line / Fotorandki / Spis treści portalu / Reklama Portal Mudzaba.pl Kolektyw Sztuki Kultura i sztuka w Trójmieście |